Strony

sobota, 10 stycznia 2015

Od Anguy - pustynne piaski, burza i martwy zając

Kolejny dzień na pustkowiu... nic, tylko piach i gorąc. Inny koń niż ja zapewne cieszyłby się ze zbliżającej się nocy - przyjdzie z nią w końcu ochłodzenie, dodatkowo zbiera się na burzę. Szkoda tylko, że za chwilę znowu zmienię się w "to coś"
Poczułam piekący ból. Ktoś wbił mi ostrze w sam środek brzucha. Oślepłam i upadłam bezwładnie na ziemię... czułam, jak na moim ciele pojawiają się coraz to kolejne rany, nie mogłam oddychać ani się poruszyć. Ból ustał, a ja nie byłam już sobą. Rozpoczęła się noc, wstałam więc na nogi i ruszyłam dalej, jako uosobienie strachu, "demon". Usłyszałam za sobą grzmot, tak więc odruchowo odwróciłam się w stronę źródła głosu. Wtem, poczułam na swoim nosie coś chłodnego, zimniejszego od otoczenia, była to pierwsza kropla deszczu, a po chwili do niej dołączyły tysiące kolejnych. Niebo zostało obsypane dziesiątkami błyskawic, którym towarzyszyły głośne grzmoty, oraz ogromnymi czarnymi chmurami. W końcu mogłam się czegoś napić... szkoda tylko, że nie czuję smaku wody i wciąż jestem głodna. Mimo nie przyjemnego uczucia głodu, szłam dalej w nadziei, że wkrótce coś zjem.

Rano obudziłam się pod jakimś drzewem, w lasie, nawet nie pamiętam kiedy położyłam się spać ale nie przejmowałam się tym. Nie pierwszy raz nie pamiętam części rzeczy które robiłam w nocy. Zrobiłam pierwsze kroki.
~"Królik..." - wyczułam charakterystyczny zapach należący do owego, często spotykanego w lasach, gryzonia. Był oddalony ode mnie o jakieś... sto metrów na północ. Zaczęłam zmierzać w owym kierunku. W końcu jaki normalny zając bałby sie konia? Bez żadnych obaw ustałam przy nim.
- Witaj... - powiedział.
- Hej, mały. - odrzekłam. Ne uprzejmie by w końcu było, odmówić maluchowi powitania... w końcu i tak za chwile zginie. - wybacz. - dodałam.
- Co mam wybaczyć? - spytał się mnie zdziwiony... biedak.
- To. - złapałam go i zmiażdżyłam mu kark jednym ruchem szczęki po czym zjadłam jego mięso w paręnaście sekund. Może to niewiele, ale zawsze coś. Nareszcie brzuch mi nie burczy. Obmyłam się z krwi ofiary w jednej z kałuż, jakich po burzy nie mało i ruszyłam dalej przed siebie, gdy usłyszałam za sobą czyjś głos.

< Ktosiu? >

1 komentarz: