- Em... Nie cieszy cię to?
- No... Jasne że cieszy. A teraz pozwolisz że sobie odreaguję: CO?!
-Zabawny jesteś - zaśmiała się Dorothy.
- Może wrócimy już do jaskini?
- Ok.
Tak więc zawróciliśmy i ruszyliśmy do jaskini. Klacz szła tuż przy mnie. Nagle ja i Dorothy, usłyszeliśmy piękną pieśń, której autorem był ptak. Ptak, ale nie zwyczajny; był to najprawdziwszy w świecie feniks. Wyglądem przypominał orła, lecz był wielkości dorosłego łabędzia. Jego ogon, wielkością przypominał ogon pawia. Jednak ten, miał kolorystykę ciepłą.
Nucił tak, lecz nagle zatoczył kółko wokół drzewa i wylądował na jednej z gałęzi. Po chwili z drugiej strony, nadleciał drugi; był on jednak większy i miał inne pióra:
Gdy wylądował na tej samej gałęzi co tamten, zrozumiałem, iż ten pierwszy feniks to samiczka. Ten widok był piękny. Nagle oboje zaczęli nucić swą pieśń, a ta zrobiła się piękniejsza. Spojrzałem na Dorothy, a ona na mnie - jakież to romantyczne! Tak więc poszliśmy dalej do jaskini. Niebo było zimowe, choć czasami zza chmur wychodziły wąskie promienie słońca. Czasami powiewało również chłodem. Kiedy byliśmy już u progu, zapytałem:
- Jak chciałabyś nazwać naszego malucha?
- Hmm... Bym musiała jeszcze pomyśleć. A ty?
- Ja nie mam pomysłu.
Tak więc wkroczyliśmy do jaskini. Dorothy poszła do swojej jaskini, przez przejście, które zrobiłem pomiędzy naszymi jaskiniami kiedy zostaliśmy partnerstwem. Ja poszedłem do końca korytarza w mojej jaskini, gdzie stały wiadra. Stała tam również bela siana i puste wiadro. Tak więc wziąłem wiadro z owsem i zaniosłem do jaskini mojej partnerki.
- Troszeczkę... - Odpowiedziała - Czy ty czasem mnie nie rozpieszczasz ze względu na moją ciążę?
- Nie... skądże... No, może troszeczkę... - Wyjąkałem - Ale wiesz - klacz w ciąży musi być zdrowa i...
- Rozumiem - po prostu martwisz się o zdrowie naszego dziecka i mnie?
- Masz mnie...
- No dobrze - zatem ten owies wezmę, ale resztą rzeczy zajmować się będę sama, OK?
- OK
- Świetnie - uśmiechnęła się. Tak więc wróciłem do jaskini, gdzie zasiadłem przy kominku i wpatrywałem się w ogień. Oczywiście ten kominek to nie był taki kominek że kominek. Była to po prostu ściana głazów z okienkiem za którym rozpalone było ognisko. Za oknem była tylko szara masa, która bezczelnie udaje niebo. Były tam też inne konie, które zgarniały z przed swoich jaskiń śniegowe zaspy. Nagle do jaskini wkroczyła Dorothy.
<Dorothy, kochanie?>
Brawo! Opowiadanie naprawdę wyczerpujące, otrzymujesz 1 Pochwałę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz