Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od Ramzesa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od Ramzesa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

Od Ramzesa - Do Crispello

No więc dzień, był zwyczajny. To znaczy poranek; reszta dnia była o wiele bardziej interesująca. Poszedłem nad jezioro, by się napić. Tam spotkałem jedną z klaczy - Crispello. Była to kara klacz, pełniąca funkcję wojownika w HH. Co by tu jeszcze o niej powiedzieć... Aha, jej drugim dominującym kolorem był... taki pół turkus, pół jasno niebieski. Jeszcze nigdy z nią nie rozmawiałem. Ale zapowiada się, że jest dość miłą klaczą, więc w sumie - co mi szkodzi? Moja appaloosowa maść chyba mi przez to nie odpadnie. Tak więc już miałem zacząć rozmowę, ale klacz podniosła łeb i mnie ubiegła: 
- Witaj! Ty jesteś Ramzes, prawda? - Zapytała uśmiechnięta klacz 
- Zgadłaś. - Odwzajemniłem uśmiech - ty jeseś natomiast Crispello Amore? 
- Tak, to moje imię. Mów mi Crispello. Powiedz - podobno masz smoka wojny? 
- Tak, Remusa. - Odrzekłem 
- Fajne imię. Chcesz się gdzieś przejść? 
- W sumie... czemu nie. Chodźmy.
Tak więc szliśmy alejką powoli zieleniejących drzew. Nad nami latały ptaki. Różne różniste rzeczy mijaliśmy. Raz przebiegła nam drogę sarna. W sumie fajnie minął nam dzień. Mimo wszystko, musiało się to kiedyś skończyć - przed jaskinią czekała na mnie Dorothy . Feel biegał wokół niej, gdyż miał pójść na obóz z innymi roczniakami. W sumie w towarzystwie Dorothy i Feel'a od razu jest mi lepiej. Tak więc, poszliśmy nad jezioro. Tam, gdzie wcześniej rozmawiałem z Crispello. Tak więc wróciliśmy do jaskini. Po pół godzinie zjawił się Lake, z innymi roczniakami. Feel pożegnał się z nami i poszedł. Rozejrzałem się po jaskini - wszystko było już mniej widocznie, gdyż był już wieczór. Zapaliłem więc w piecu. Bez Feel'a było jakoś tak... Nudno. Nagle w drzwiach jaskini, ja i Dorothy zobaczyliśmy głowę klaczy, dokładniej Crispello. 
- Dobry wieczór, nie chciałam przeszkodzić... - wyjąkała. 
- Och, nic się nie stało. Wejdź. - Zaprosiła ją Dorothy - Mów, co cię do nas sprowadza. 
Klacz powiedziała, że przyszła tylko pożyczyć od nas wiadro. 
- Dobrze. - Wstałem i podałem jej wiadro - Proszę bardzo. 
- Dziękuję. - Odpowiedziała Crispello.

<Crispello? Kontunuuj, proszę :) >

środa, 11 lutego 2015

Od Ramzesa- Dorastanie Remusa (cz.3, etap 4)

Smutny i szary poranek - był styczniowy dzień. Zamiast nieba, u góry byłą smętna, szara i niemrawa masa, która bezczelnie udaje błękit nieba. Na dworze była tylko dwucentymetrowa warstwa śniegu. Natomiast wiatr urywał głowy. Jednak pomyślałem, że watro byłoby odwiedzić mojego przyjaciela i zarazem zwierzaka, Remusa. Pewnie już trochę urósł. Zatem owinąłem się w płaszcz i pogalopowałem na pustynie. Miałem nadzieję, że nie będzie burzy piaskowej. Na szczęście horyzont pustyni był nieskończony. Więc dotarłem do miejsca, gdzie była jaskinia smoczka, lecz nagle ujrzałem że wejście się zasypało. Kiedy tylko zbliżyłem się jeszcze o krok, piach zaczął unosić się, aż naglę opadł - w jego miejscu stał Remus, ale wielkości mojej jaskini. Przełknąłem ślinę - bałem się, że może mnie nie rozpoznać, lecz nagle wysunął swój jęzor i zaczął mnie lizać. 
- Remus, opamiętaj się! 
Smok posłusznie Nagle potwór ryknął. A że rozumiem co zwierzęta mówią, zrozumiałem, że chce mi coś pokazać. Zgodziłem się więc Tak więc smok pokazał mi parę sztuczek i kilka nowych mocy. Resztę dnia spędziliśmy na zabawie. Obiecałem mu, że następnym razem poznam go z kimś bardzo fajnym. Nagle smok popatrzył na mnie. Poprosił najwyraźniej o nadaniu jego mocom nazw. Tak więc z mojej niezawodnej torby wyciągnąłem mój notes i głośno myślałem. Najpierw myślałem jak nazwać jego pomnażanie obrażeń. W końcu wymyśliłem nazwę "Berserk". To słowo oznaczało "skórę niedźwiedzia", lecz tak nazywano również nieznającego strachu wojownika nordyckiego. Oczywiście ludzie tak go nazywali, nie konie. Dowiedziałem się tego kiedy jeden z jeźdźców w stadninie, chodzący do gimnazjum powtarzał wiadomości na sprawdzian. Następnie miałem wymyśleć nazwę dla tych fal dźwiękowych; nie było to trudne. Wystarczyła po prostu "Wojenna Pieśń". Tak więc przyszła kolei na mój ulubiony atak - kolce na skrzydłach. W tym pomógł mi Remus - podpowiedział "Wojenny Szał" i tak już zostało. Na końcu postanowiłem spróbować narysować mojego smoka. Jednak nie byłem najlepszy z rysunków. 
 

Jednak kiedy spojrzałem w niebo, ujrzałem już gwiazdy. Remus ziewnął - postanowiłem już wracać. Zostawiłem smokowi jedzenie i pobiegłem do jaskini by się przespać i za niedługo znów zobaczyć się ze swoim smokiem. 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Od Ramzesa CD. Dorothy


http://th04.deviantart.net/fs71/PRE/i/2013/162/e/f/phoenix_by_shadow_of_destiny-d68mq9l.png- Ano widzisz. - uśmiechnąłem się.
- Em... Nie cieszy cię to?
- No... Jasne że cieszy. A teraz pozwolisz że sobie odreaguję: CO?!
-Zabawny jesteś - zaśmiała się Dorothy.
- Może wrócimy już do jaskini?
- Ok.
Tak więc zawróciliśmy i ruszyliśmy do jaskini. Klacz szła tuż przy mnie. Nagle ja i Dorothy, usłyszeliśmy piękną pieśń, której autorem był ptak. Ptak, ale nie zwyczajny; był to najprawdziwszy w świecie feniks. Wyglądem przypominał orła, lecz był wielkości dorosłego łabędzia. Jego ogon, wielkością przypominał ogon pawia. Jednak ten, miał kolorystykę ciepłą.
   Nucił tak, lecz nagle zatoczył kółko wokół drzewa i wylądował na jednej z gałęzi. Po chwili z drugiej strony, nadleciał drugi; był on jednak większy i miał inne pióra:
   Gdy wylądował na tej samej gałęzi co tamten, zrozumiałem, iż ten pierwszy feniks to samiczka. Ten widok był piękny. Nagle oboje zaczęli nucić swą pieśń, a ta zrobiła się piękniejsza. Spojrzałem na Dorothy, a ona na mnie - jakież to romantyczne! Tak więc poszliśmy dalej do jaskini. Niebo było zimowe, choć czasami zza chmur wychodziły wąskie promienie słońca. Czasami powiewało również chłodem. Kiedy byliśmy już u progu, zapytałem:
- Jak chciałabyś nazwać naszego malucha?
- Hmm... Bym musiała jeszcze pomyśleć. A ty?
- Ja nie mam pomysłu.
Tak więc wkroczyliśmy do jaskini. Dorothy poszła do swojej jaskini, przez przejście, które zrobiłem pomiędzy naszymi jaskiniami kiedy zostaliśmy partnerstwem. Ja poszedłem do końca korytarza w mojej jaskini, gdzie stały wiadra. Stała tam również bela siana i puste wiadro. Tak więc wziąłem wiadro z owsem i zaniosłem do jaskini mojej partnerki.
http://th09.deviantart.net/fs70/PRE/f/2012/029/0/2/phoenix_by_sandara-d4o2ewx.jpg- Jesteś głodna?
- Troszeczkę... - Odpowiedziała - Czy ty czasem mnie nie rozpieszczasz ze względu na moją ciążę?
- Nie... skądże... No, może troszeczkę... - Wyjąkałem - Ale wiesz - klacz w ciąży musi być zdrowa i...
- Rozumiem - po prostu martwisz się o zdrowie naszego dziecka i mnie?
- Masz mnie...
- No dobrze - zatem ten owies wezmę, ale resztą rzeczy zajmować się będę sama, OK?
- OK
- Świetnie - uśmiechnęła się. Tak więc wróciłem do jaskini, gdzie zasiadłem przy kominku i wpatrywałem się w ogień. Oczywiście ten kominek to nie był taki kominek że kominek. Była to po prostu ściana głazów z okienkiem za którym rozpalone było ognisko. Za oknem była tylko szara masa, która bezczelnie udaje niebo. Były tam też inne konie, które zgarniały z przed swoich jaskiń śniegowe zaspy. Nagle do jaskini wkroczyła Dorothy.

<Dorothy, kochanie?> 

Brawo! Opowiadanie naprawdę wyczerpujące, otrzymujesz 1 Pochwałę!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Od Ramzesa- Quest- "Choroba naszego przyjaciela"

Rano obudziłem się w swojej jaskini - jak zawsze wszystko było ślicznie. Nagle jednak usłyszałem ryk. Był to ryk smoka wojny, czyli... Remusa! Wybiegłem na próg i ujrzałem nadlatującego smoka. Kiedy wylądował, ryknął po raz kolejny i upadł na ziemię. Nagle podbiegły do mnie naraz cztery klacze - Lola, Tosa, Freya i Aura.
- Co tu się stało?- zapytały klacze
- Ja...Sam nie wiem... - wyjąkałem
- Szybko, weźmy go do jaskini medycznej! - Wykrzyknęła Lola
- Dobra - Odrzekła Aura próbując podnieść wielkie cielsko. Postanowiłem je wspomóc, poprzez zamianę w smoka (moja ulubiona postać) i podniosłem go.
***
Kiedy byliśmy już w jaskini, poproszono mnie o wyjście. Tak więc wyszedłem na dwór posiadając nadzieję, że nic mu się nie stało. Cienkie promyczki słońca padały na rzadko rosnącą trawę pod moimi kopytami. Nagle w wejściu pojawiła się Lola.
- Mam dobrą i złą wiadomość - posmutniała - zła jest taka, że Remus zachorował na śmiertelną chorobę. Dobra jest taka, że istnieje antidotum...
- Na prawdę!? - Uśmiechnąłem się - Jakie?
-...I tu jest problem, bo jest to smocze serce, kwiat o niezwykłych właściwościach leczniczych. Jednak jest on strasznie rzadki; jest tylko jedna sztuka na całym znanym nam wszechświecie. Co gorsza rośnie on tylko i jedynie w prastarym Zamku Lakei, na wyspie Kaio, której nie ma na żadnej z map świata.
- Zdobędę go! - Rzekłem odważnie
- Dobrze. Jeśli jednak się rozmyślisz, nic się nie stało... - Odpowiedziała Freya, która właśnie przyszła do wejścia.
- Mimo wszystko pomogę mojemu przyjacielowi. - Odrzekłem, po czym z trudem powstrzymując łzy, dodałem:
- Wyruszam o świcie - możecie mnie powstrzymywać, lecz zrobię to. Tak! I to Raz a dobrze.
- Nie będziemy cię więc powstrzymywać, Ramzesie - rzekła Aura, która wychodziła razem z Tosą.
- Przygotuj się, gdyż droga jest daleka, a na drodze czyhają niebezpieczeństwa. - Dodała Tosa.
- Będę gotów jutro, na 100%.
Wtedy nie wiedziałem na co się piszę. Wróciłem więc do jaskini. Zwiesiłem głowę wiedząc, że i tak pewnie mi się nie uda. Czemu to akurat mnie i Remusowi, musi przytrafić się coś takiego. Zatem kiedy dotarłem do jaskini, spojrzałem na pająki chodzące po ścianach. Położyłem się na sianie, lecz nie mogłem zasnąć z myślą o Remusie. Jednak w końcu zasnąłem.


***Nazajutrz***


Obudził mnie głos Dorothy.
- Ramzes, wstawaj! Musisz to zobaczyć!
- A muszę? - zapytałem
- Oj, no rusz się! - krzyknęła wyciągając mnie z legowiska.
To co zobaczyłem, przerosło mnie - wszystkie smoki leżały na ziemi. Przy jednym z nich stała czwórka medyczek i szamanek. Reszta koni patrzyła na swoje smoki z przerażeniem. Podbiegłem do klaczy.
- Co tu się stało?
- Teraz wszystkie smoki zachorowały na chorobę Remusa...
- Jak?!
- Nie wiadomo - odpowiedziała Lola, głaszcząc po szyi Ambrose
- No i co teraz? Mówiłyście, że kwiat jest jeden, a zachorowało 12 smoków. Nawet 15, jeśli liczyć 3 głowy Kukulkana.
- Coś się wymyśli, kiedy przyniesiesz to całe Smocze Serce.
- Co tu się stało? - Zapytał nadbiegający Fall razem z Atlanticą - Co z Imagine i innymi smokami?
- To jakaś dziwna choroba - Odpowiedziała Dorothy

- I niestety śmiertelna - Dodałem
- Że... CO?! - Zdziwiła się Atlantica, po czym wymieniła przerażone spojrzenie ze swym ojcem.
- Ale jest antidotum - pocieszyła ich Aura
- Ramzes wyrusza go szukać - dodała Dorothy
- Ach tak... - Głośno pomyślał pegaz - Podajcie stopień niebezpieczeństwa tej wyprawy.
Spojrzałem na klacze z nadzieją. One wymieniły spojrzenia między sobą.
-Eeem... - bąknęła Freya - powiedzmy 9/10
Fall spojrzał ze zdziwieniem na wszystkich po kolei
- Nie mogę na to pozwolić... - Rzekł Fall
- Ale... Co będzie ze smokami?
- Więc ja pójdę - Rzekł ogier
- Ależ ojcze! - Wykrzyknęła Atlantica - Nie możesz
- Fall, jeśli już musisz iść, idę z tobą! - Powiedziałem stanowczo
- No dobrze... - Westchnął zrezygnowany koń - Ale uważajmy
- Jak sobie życzysz!
Zatem oboje wróciliśmy do jaskiń, by się przygotować. Nie myślałem, że kiedykolwiek wyruszę na taką wyprawę, a przynajmniej nie z towarzyszem. Jednak myślałem, że robię to dla Remusa i innych smoków. Nie że się boję, czy coś, ale... Co będzie jak nie powrócimy z wyprawy? Co stanie się z Dorothy i Atanticą... Starałem się o tym nie myśleć. A Remus? A inne smoki? - tylko ta myśl, podtrzymywała mnie przed wycofaniem się z eskapady. Ech, teraz już nie mam wyboru.


***


Wyszedłem z jaskini i podszedłem do gotowego już Fall'a. Zatem ruszyliśmy galopem w stronę zachodu.
- Może polecimy? - zapytałem
- W sumie... krótki kawałek nie zaszkodzi. Ale powoli, bo stracimy wszystkie siły - odrzekł ogier.
Tak więc zamieniłem się w moją ulubioną postać (smoka) i razem wzbiliśmy się w przestworza. 

Niebo było jeszcze poranne. Poranne, aczkolwiek zimowe. Chmur było mnóstwo. Tak więc lecieliśmy tak i lecieliśmy, aż dolecieliśmy na plażę. Woda była zimna jak na północy.
- Może zrobimy tu krótki postój? - zapytałem
- Ok, ale tylko 20 minut.
Tak więc wylądowaliśmy na zimnym piachu; rzadko miałem okazje oglądać to miejsce zimą - woda była prawie że zamarznięta, a wiatr hulał po całej plaży. Za plażą, była polanka - postanowiłem coś przegryźć. Fall stał na plaży i puszczał kaczki. Kiedy minęło 20 minut, 34 sekundy i 59 nanosekund, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Teraz zrobiło się trudniej, bo lecieliśmy nad morzem, więc o postoju nie było mowy. Mijały godziny, a na wodzie nie było nic, poza błękitem i wyskakującymi od czasu do czasu zwierzętami morskimi. było cicho jak makiem zasiał. W 4 godzinie wyprawy, zauważyłem coś niemożliwego - skałę, wystającą z wody.
- Fall, patrz! - wykrzyknąłem do ogiera, będącego kilka metrów przede mną.
- Widzę - Odkrzyknął - Tak, możemy zrobić krótki postój - dodał widząc moją minę.
Tak więc zawróciliśmy, i wylądowaliśmy na wilgotnej skale. Teraz brakowało nam tylko jedzenia. Nagle poślizgnąłem się na wilgotnej powierzchni i wpadłem w morską toń. Próbowałem odpłynąć, lecz nagle ujrzałem, że wciąga mnie coś, co przypomina podwodną, czarną dziurę. Wbrew woli przemieniłem się z powrotem konia. Fall spróbował mnie wyciągnąć, lecz również wciągnął go wir. 
Nagle straciłem cały obraz i po jakimś czasie przytomność.

*** 

Oboje obudziliśmy się w jakby innym, mrocznym wymiarze.
- Fall, gdzie my jesteśmy?
- Nie wiem...
Była to mroczna dolina z zamkiem w samym jej centrum. Wszędzie latały czarne smoki, które ryczały za każdym machnięciem skrzydłem.
Nigdy nie widziałem takiego miejsca. Nagle ujrzałem, że w jednym z okien zamczyska, pali się 

światło. Nie takie zwykłe, z nocnej lampki, tylko inne, czerwone.
- Widziałeś? - szepnąłem do ogiera
- Tak... - Odrzekł
Po chwili usłyszałem żeński głos. Głos, który przyciągał mnie do tamtego zamku.
- Musimy tam lecieć - rzekłem
- Skąd wiesz, że akurat tam? - zapytał pegaz - Może jest tam...
- ...na przykład ten kwiat?! Lećmy!
- Dobrze, ale mam złe przeczucia.
Tak więc zamieniłem się w czarnego smoka, a Fall wzbił się w powietrze pode mną, gdyż nie byliśmy pewni reakcji smoków na konia. Tak więc wylądowaliśmy na balkonie zamczyska. Powoli weszliśmy do środka, a to co tam ujrzeliśmy, niewiarygodnie ucieszyło mnie i Fall'a. Było to smocze serce, kwiat którego szukaliśmy:



Jednak nagle wyskoczył na nas koń. Tak, ku naszemu zdziwieniu. Zagrodził nam drogę do kwiatu i tupnął przednią nogą; za nim pojawiło się stado smoczych głów, których oczy patrzyły się prosto na nas. Koń podszedł do nas i w tedy zobaczyłem, że jest jednorożcem. Nie widziałem jego głowy, gdyż miał na sobie maskę. Nagle jednak usłyszałem znajomy głos:
- Ramzes? Czy to naprawdę ty? - zapytał głos KLACZY.
- Eeem... Czy ja cię znam?
- Ramzes, ty wiesz kto to jest? - Zapytał stojący z tyłu Fall
Klacz zdjęła z głowy maskę - ukazała mi się majestatyczna postać czarnego jednorożca z białym pyskiem oraz strzałką. Nie znałem go...emm przepraszam, jej.
- To ja, Shairen! Choć teraz jestem Dark Shadow...
- Aha... No wiesz, trochę się zmieniłaś... Ale nie czas na to. Potrzebujemy tego kwiatu.
- Na cóż tobie i twojemu towarzyszowi smocze serce?
- Nasze smoki zachorowały na śmiertelną chorobę!
- Ach tak... No dobrze, możecie go wziąć, pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Chcę należeć do waszego stada.
- Załatwione! - Uśmiechnął się Fall
- Ok, to gotowi?
- Na co znowu?! - Zapytaliśmy chórem
- Na teleportację! 1,2,3... Już!
No i tak znikliśmy, by pojawić się na terenach Heaven Hooves. Tak więc pobiegliśmy do jaskiń. Tam czekali już wszyscy członkowie i wszystkie smoki. Powitano nas okrzykami radości. Wszyscy podeszliśmy do jednego ze smoków. Tak więc Freya wytłumaczyła, że smok musi zjeść jeden płatek i wyzdrowieje. Jednak płatków było za mało, by każdy smok dostał po jednym.
- Tym nie musimy się martwić! - Uśmiechnęła się Dark - Ten kwiat jest długowieczny; jak urwiemy mu płatek, to za 5 sekund wyrasta mu nowy.
Tak więc po 45 minutach wszystkie smoki latały już po niebie, Atlantica przyjęła DS do stada i wszystko się dobrze skończyło.


Zaliczone!
Nagroda w sklepie! A ode mnie dostajesz dodatkowe 5(p) za długość i 1 pochwałę!

niedziela, 1 lutego 2015

Od Ramzesa do Anguy

Byłem na spacerze po lesie, kiedy nagle usłyszałem dźwięki kopyt za sobą; odwróciłem się, lecz nikogo nie było. Przyśpieszyłem trochę. Stukot nie ucichał. Tym razem, gdy się odwróciem, również ujrzałem tylko parę drzew. Kiedy znów spojrzałem do przodu, pojawiła się przede mną Anguya.
- Cześć! - Przywitała się
- Hej! - odwzajemniłem - Co tak znienacka?
- Jakoś tak wyszło - uśmiechnęła się klacz
Spojrzałem na nią ironicznie. Ona natomiast westchnęła i zapytała:
- Jak ci się układa z Dorothy?
- Nawet dobrze - odpowiedziałem
Klacz wbiła wzrok w rozmokniętą od wody ze śniegu ziemię. Wiem że ma pewne "nocne problemy" i wiem że nie jest jej z tym łatwo.
- Może się przejdziemy? - zaproponowałem
- Czemu nie. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Choćmy.
Tak więc ja i Anguya poszliśmy przed siebie dziką ścieżką. Opowiedziałem jej kilka kawałów, a ona uśmiechała się coraz bardziej. Kiedy dotarliśmy na małą polankę, na skraju lasu, rozchmurzyła się całkowicie. Słońce opędziło się trochę od chmur i atmosfera od razu zrobiła się cieplejsza. Ptaszki zaczęły ćwierkać, a ponura zima, przemieniła się w kolorową wiosnę. W tedy przyszedł mi do głowy pewien żart.
- Znasz taki? "Rozmawiają dwa węże. Jeden pyta się drugiego:
- Sssłuchaj, czy my jesssteśmy jadowici?
- O tak! - odpowiada drugi
- Upsss! Właśnie ugryzłem się w język!"
Anguya spojrzała na mnie i po raz kolejny zaśmiała się cicho.
- A teraz ja ci coś pokażę!
Tak więc klacz położyła się na plecach i zaczęła machać nogami.
- Co to jest? - zapytała
- Nie wiem - odrzekłem
- Żółw, który się przewrócił i nie może wstać.
Uśmiechnąłem się do klaczy.
- A to? - zapytała kładąc się na brzuchu z wyciągniętymi kończynami i wywieszonym językiem
- Emm... Nie mam pojęcia.
- To jest przejechany żółw.
- Fajne - powiedziałem z jeszcze szerszym uśmiechem
- Umiem tylko żółwie.
Muszę przyznać, że Anguya jest całkiem miła... 

<Anguyo?>

środa, 28 stycznia 2015

Od Ramzesa CD Dorothy

Jakże mógłbym się nie cieszyć! 
- No jasne, że się cieszę!
- Serio?
- Serio, serio
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Ten moment był "magiczny".
- Dorothy, powiedz, czy masz może wolny czas jutro?
- Emm...No chyba tak.
- Przyszłabyś jutro na polnę? Będzie niespodzianka!
- No dobrze - uśmiechnęła się - muszę już iść...
- To do jutra!
- Pa!
W tedy klacz wyszła z jaskini, a ja usiadłem na podłaniu. Westchnąłem, po czym spojrzałem w sufit - pająki chyba robiły sobie wyścigi. Myślałem jaką by tu zrobić niespodziankę. Nagle wpadłem na pomysł i to nie byle jaki! Zatem wyruszyłem szybko do lasu, po czym zapuściłem się głęboko. Rozejrzałem się - nikogo nie było. Zatem użyłem swych mocy i próbowałem zmienić się w... Różowego Smoka! Tak, tak można się śmiać. Jednak pierwszt rezultat był taki: 


Spróbowałem jeszcze raz, lecz wyszło tak samo. Popróbowałem jeszcze kilka razy, lecz nic się nie zmieniło. Choć raz czy dwa wyszedł mi biały lub żółty. Postanowiłem spróbować ostatni raz. Wziąłem się w garść i pomyślałem o różowym jak róża smoku. No i wreszcie się udało: 


Wróciłem więc do domu z zamierem drzemki. Jednak z drzemki wyszło mi spanie.


***Jutro rano*** 


Wstałem, zrobiłem co trzeba i pobiegłom na polnę. Na szczęście byłem przed klaczą, więc zdążyłem zamienić się w smoka i poczekać na nią w tej postaci. Trzymałem pazury, by nikt nie widział mnie w tym ciele... 


***Pół godziny później*** 


Zza drzew wyszła Dorothy. miałem nadzieję że się nie wystraszy. Było wręcz przeciwnie:
- Ramzes?
- Na prawdę jesteś coraz lepsza
- Różowy?
-Tak...
- Zrobiłeś to dla mnie?
- Och, to nie koniec! Wsiadaj! - rozwarłem skrzydła
- Ty na prawdę?
- No jasne!
No więc klacz weszła na mój grzbiet, a ja odbiłem się od ziemi i szybowaliśmy nad całym lasem. Naszym docelowym miejscem było Jezioro Amora. Było pięknie! Nagle Dorothy spytała:
-...
<Dorothy?>

sobota, 17 stycznia 2015

Od Ramzesa do Dorothy

Byłem w Bassalcie, po pokarm dla Remusa, oraz musiałem znaleźć coś na ślimaki - wredne mięczaki (mam na myśli że są z gromady mięczaków, więc nie jest to obraźliwe) zajadają się moją hodowlą. No cóż, pomyślmy - w poniedziałek, było ostrzeżenie głosowe. We wtorek, była sugestia wzrokowa. We wtorek była ochrona (przykrywanie kocem). Wczoraj były negocjacje. Dzisiaj więc przyszedł czas na działania inne niż po dobroci. No fakt, kocham zwierzątka, ale to jest już przesada. Nagle przy sklepie z magicznymi eliksirami ujrzałem Dorothy. Postanowiłem się z nią przywitać. Jednak nagle podeszła do mnie i zrobiła to pierwsza:
- Cześć, Ramzes!
- Ee...Witaj Dorothy - Uśmiechnąłem się.
- Co tam masz?
- A, nic. Tylko trochę...
- ...Trochę jedzenia dla twojego smoka oraz coś na ślimaki?
- Ty jesteś coraz lepsza
- Dzięki...
Ta chwila była dosyć niezręczna. Patrzyliśmy na siebie, w no... Sami-Wiecie-Jak. Zatem postanowiłem przerwać ten moment.
- E... Ja... Muszę już iść, no wiesz... ślimaki...
- A. To ok.
- To pa!
- Do zobaczenia
No i pobiegłem do jaskini - gdy byłem już przed nią, spojrzałem na lewo, gdzie na moim uprawianym przez 2 miechy szczawiu tańczyły winniczki. Nie chciało mi się tego robić, lecz musiałem. Zatem wziąłem fiolkę i na każdy liść wylałem kropelkę, co zajęło mi trochę czasu. Kiedy skończyłem, niebo pociemniało, a śnieg przy tym świetle zrobił się mniej biały. Zatem kierowałem się już do wyjścia, gdy zauważyłem za sobą... Dorothy! Tak, był to dziwny zbieg okoliczności. Jednak nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Zatem szybko zniknąłem w jaskini. Rozejrzałem się po jaskini. Nagle coś sobie uświadomiłem - muszę powiedzieć coś ważnego, co prawie przesądzi o mym życiu... A muszę powiedzieć to...Dorothy. Zatem położyłem się na sianie i zamknąłem oczy - próbowałem zasnąć, co jednak nie chciało mi się udać. Zatem poczekałem jeszcze chwilę - jutro jeden z moich najważniejszych dni w moim życiu. Po chwili zasnąłem.


***Następnego Ranka***


Obudziłem się i wykonałem poranną toaletę. Później zjadłem śniadanie, po czym poszedłem na spacer po lesie. Postanowiłem powiedzieć to Dorothy trochę później. Zatem szedłem i szedłem, aż w końcu dotarłem na pewną polankę. Nagle usłyszałem za sobą głos klaczy:
- Hej!
Była to Margaux.
- O, cześć!
- Co robisz?
- A, nic. A ty?
- Tak jak ty, nic
- Przejdziemy się?
- Czemu nie.
- Jak tam Inferno?
- Dobrze
I na rozmowie zleciało nam pół dnia - nagle usłyszałem zegar Bassaltu, który obwieszczał godzinę 20:00. Zatem musiałem szybko przerwać rozmowę, po czym pobiegłem przed jaskinie - W pobliżu 
ujrzałem Dorothy z Kleofasem. Zatem zaczekałem aż skończą rozmawiać i podszedłem do klaczy. 
- Cześć Dorothy!
- Hej!
- Masz chwilę?
- Emm... No jasne
Zatem ruszyliśmy w stronę lasu. Kiedy dotarliśmy na tamta polanę, zapytałem się:
- Dorothy, czy lubisz szalone pomysły?
- Szaloność jest według mnie fajna - Uśmiechnęła się klacz
- Acha, no bo wiesz, mam pewien mega szalony pomysł...
- ...Zamieniam się w słuch!
- Nie wiem...Jak ci to powiedzieć...
- Spoko - uśmiechnęła się
- No więc - przełknąłem ślinę - czy zgodzisz się na partnerstwo ze mną
Dorothy spojrzała na mnie zdziwiona 

<Dorothy ♥w♥>

niedziela, 11 stycznia 2015

Od Ramzesa - Quest "Daleko stąd"


http://th02.deviantart.net/fs71/PRE/i/2011/184/8/a/the_unknown__by_poeticjustice314-d3kpets.pngŻeby znaleźć się w miejscu marzeń, przebyłem długą drogę - właściwie, to początkowo w ogóle nie planowałem, by się tu znaleźć. Jednak było warto. Tia... No i było warto. Zatem swoją przygodę zacząłem w hodowli koni pinto i appaloosa. Byłem jedynakiem - moją rodzina była tylko matka i ojciec. Jednak zdarzało mi się bawić z innymi źrebakami. Jednak raczej nie miałem przyjaciół. Pewnego dnia, szedłem wzdłuż rzeki na jakby "dzikim" wybiegu - byłem sam, gdyż moja mama i mój tata byli na treningu; z resztą jak zawsze. Nagle na drugim brzegu, ujrzałem klacz - była mniej więcej w moim wieku, czyli roku i 5 miesięcy.
 Wyglądała na smutną. Nagle zaczęła śpiewać:
- Nie ma dla mnie miejsca,
 Nie będzie nigdy już.
Życie nie znajduje przejścia,
 Gdy ktoś jest przy mnie tuż.
A ja gdy to czuję,
Zdobywam siłę!
Życie mi przed nosem znaki maluje,
 Kończy panowanie moje życie niemiłe!
 Nie widzę już sensu,
 Czemu wciąż żyję.
Choć raz chcę skosztować życia gryzu,
 Już swego smutku, złości i miłości nie kryję!
Nagle klacz ustała, po czym przepłynęła przez rzekę i uciekła. Chciałem z nią biec, lecz zniknęła mi z oczu. Powoli powróciłem więc do płotu, a tam czekali na mnie rodzice. Razem ze stajennym Johnem poszliśmy do boksów. było już późno, zasnąłem. Rano w boksie rodziców nie było nikogo. Dziś był mój pierwszy dzień pod siodłem. Dostałem świeżego owsa z malinami i wodę. Później miałem 10 minut na wybiegu - pomyślałem, że znowu uda mi się zobaczyć tamtą klacz. Jednak nigdzie jej nie było. Wróciłem więc do płotu. Tam czekał już John i dziwny, wąsaty pan z batem. Otwarto przede mną bramę, po czym zaprowadzono mnie na padok, gdzie założono mi siodło i uzdę. Kiedy już byłem gotowy, treser wsiadł na mnie. Głośno wydawał mi komendy. Jednak kiedy nagle na czole usiadła mi much i zacząłem trząść głową, dostałem batem w bok. Jednak nie bolało tak bardzo. Chwilę później potknąłem się o kamień - teraz uderzenie bolało niemożliwie; stanąłem dęba - wąsaty pan spadł. Kiedy już stanąłem na cztery nogi, John próbował pociągnąć mnie za uzdę do stajni, lecz jakie szanse ma człowiek w porównaniu z rozjuszonym koniem?
- Chłopaki! Pomóżcie mi! - zawołał swych towarzyszów.
 Po chwili czterech stajennych zawlekło mnie do boksu.
 ***Następnego ranka***
 Obudził mnie stajenny Thomas. Zaprowadzono mnie do dziwnego pojazdu nazywanego "Przyczepą". Nagle uświadomiłem sobie pewne coś o czym zapomniałem - mam klaustrofobię. Jednak zaciągnięto mnie do środka i zamknięto klapę. siedziałem tam chyba godzinę. Gdy otwarto klapę, ujrzałem zupełnie inne miejsce - była to jakaś inna stajnia, tyko że... o wiele, wiele gorsza - wybieg był malutki a padok wielki. Wszędzie walały się narzędzia tortur (baty, munsztuki i ostrogi). Wyprowadzono mnie z przyczepy i zabrano do szarego, nudnego i brzydkiego boksu. Wyjrzałem przez okienko - obok mnie, wystawała głowa klaczy, którą widziałem w tedy na wybiegu. W kącikach jej oczu malowały się łzy. Nie miałem więc odwagi o nic się jej zapytać.
 ***Następnego dnia po przyjeździe***
 Obudzono mnie mocnym uderzeniem z bata, po czym zaciągnięto na padok bez śniadania. Tam czekał na mnie ten pan, który wczoraj na mnie jeździł. Nie było żadnej drogi ratunku, a jego ludzki (nie wiem jak to było u ludzi) pysk, wykrzywiał się w złowieszczym uśmiechu. Zatem przypięto mi do kantaru lonżę, po czym bolesnymi uderzeniami dostawałem polecenia. Po dwóch godzinach zabrano mnie z powrotem do boksu, gdzie nasypano mi małą porcję owsa. Nagle z boksu obok, wychyliła się klacz.
- Witaj. - Przywitała się.
- Cześć - Odpowiedziałem - pamiętam cię. Ty byłaś tam na wybiegu, nad rzeką.
- Tak, to ja.
- Ładnie śpiewasz.
- Dzięki...
- Dlaczego płaczesz?
- Łech... Jestem sierotą i bez powodu mnie tu zaciągnięto...
- ...Wiesz co? - Uśmiechnąłem się - Mam szalony pomysł.
- Zamieniam się w słuch.
- Otóż, możesz być moją przyjaciółką. Będziemy sobie pomagać i w ogóle...
- To by się mogło udać. Jestem Shairen
 - Ja Ramzes.
 No i od tej pory byliśmy przyjaciółmi, jednak codziennie dostawałem solidną porcię bólu. Pewnego dnia przyszedł do mnie jeż - najwyraźniej był głodny, więc oddałem mu kilka malin z mojej mieszanki. Robiłem tak z innymi zwierzętami. Wszystko dało się przeżyć, jednak to co wydarzyło się później, było zupełnie niespodziewane.
 ***Rok Później***
http://fc08.deviantart.net/fs71/i/2014/240/c/0/the_deer_by_hotamr-d7wzzgg.jpg Byłem w boksie i razem z Shairi opowiadaliśmy sobie różne rzeczy. Jednak nagle... Dach ujeżdżalni stanął w płomieniach bez powodu - kawał dachu upadł na siano, a wszyscy wiemy, czym musiało się to skończyć. Szybko zerwałem różę, która rosła pomiędzy moim boksem, a boksem mej przyjaciółki i zacząłem ochraniać ją własnym ciałem. Otworzyłem boks Shairen, a ona pobiegła. Jednak dla mnie było już za późno; zamknąłem oczy czekając na śmierć, kiedy nagle... Usłyszałem tętent racic. Otworzyłem oczy i ujrzałem złotego jelenia, po którym tańczą płomienie. Pochwycił w żeby różę, po czym zarzucił mnie na plecy i pognał w las.

 Obudziłem się w lesie, którego nie znałem. Zacząłem kłusować niewyraźną ścieżką. Po chwili przyśpieszyłem do galopu.

http://th07.deviantart.net/fs70/PRE/f/2011/238/e/3/e3ee12a02bd4eb6e8028892a9636972b-d47ymg2.png Jednak odkryłem, że mogę biegać od 7 dych do 100 na godzinę, jak gepard. Gdy tak biegłem, dotarłem na skałę, z której zobaczyłem stado. Właśnie w tej chwili, chciałem móc zmienić się w mysz. No i tak się stało - zostałem myszką. Małą, czarną myszką. Pobiegłem więc na zwiad. Rozejrzałem się i wróciłem. Chciałem znów stać się koniem. no i zostałem. W tedy zza drzewa wyskoczyła gadająca pantera, która mówiła coś o powrocie. W tedy złączyłem wszystko w jedno i doszedłem do wniosku, że może ten jeleń przekazał mi swoje moce przez dotyk... Jednak było już późno, więc poszedłem spać. Nagle zza drzew wyskoczyło kilka koni, najwyraźniej z tamtego stada. Nagle szeregi rozstąpiły się i ukazała się biała klacz, z nielicznymi plamkami. Była to przywódczyni HH, la' Fallen Ember, która przyjęła mnie do tego oto stada.

 Zaliczone!
Wow, jestem pod wielkim wrażeniem. Nagrody w sklepie, a ode mnie dodatkowe 20(p) :D

sobota, 10 stycznia 2015

Od Ramzesa - Dorastanie Smoka cz.1

http://wiki.nightwood.net/images/d/d8/Wojna_-_Wariant_19_-_Stadium_2.png

Rano postanowiłem zobaczyć, co u Remusa, mojego smoka. Była to wyprawa na pustynię, gdzie Remusik miał jamę. Zatem spakowałem do torby wszystko co potrzebne i zarzuciłem ją sobie na grzbiet. Kiedy dotarłem na tereny pustyni, rozejrzałem się i po chwili ujrzałem małą jamę, która należy do Remusa. Więc podszedłem do niej i wskoczyłem tam. Pierwszą rzeczą jaką ujrzałem, była skorupka jajka - oznaczało to, że smok się wykluł. Powoli zacząłem podchodzić w głąb piaskowej jaskini. Nagle ze świstem przemknął obok mnie...Remus. Nagle przysiadł na kamieniu i zaczął się mi przyglądać - był rdzawy, tak jak jego jajko (choć teraz tylko jego kawałki), jego grzbiet, ogon i czubek głowy wyły usiane kolcami, a jego ogon zakończony był czymś w rodzaju płetwy w kształcie płomyka. Spojrzał mi w oczy, po czym jego wzrok skierował się na torbę z jedzeniem - dopiero teraz przypomniałem sobie, że mam ją na sobie. Zatem odpiąłem klamrę, po czym skórzany pakunek opadł na piasek. Remi jak strzała podleciał do niej i zaczął myszkować - wydobył z niej wiele pokarmów, jednak nagle wyciągnął głowę i jakby się uśmiechnął, po czym znów jego głowa zanurkowała w poszukiwaniach - położyłem się na ziemi i patrzyłem - nagle rdzawy łeb smoczka wynurzył się z Czarnymi Grzybami w pysku. Spojrzał na mnie, po czym jednym kłapnięciem je zjadł. Chwilę po tym podszedł do mnie i wypluł przede mną jeden kapelusik grzyba. Spojrzałem raz na Remusa i raz na grzyba. Westchnąłem, po czym odsunąłem kapelusz w stronę Remusa, po czym powiedziałem:
- Nie jestem głodny, możesz to zjeść.
Smok podszedł więc ponownie do mnie i "chapnął" kapelusz. Chwilę później zwinął się w kłębek u mojego boku, po czym usłyszałem ciche "Ram-seś"

< CDN. >

piątek, 2 stycznia 2015

Od Ramzesa - kartka z pamiętnika

Nowy Eden, 02.01.15 r.
 Drogi pamiętniku,  
Miałem dziś dziwną przygodę. Zatem: wstałem o około 11:30; przywitał mnie grudniowy poranek - szary i ponury jak zawsze o tej porze roku. Śniegu było nadal tyle, co smok wojny (na przykład Remusik) napłakał. Jednak temperatura była dość dobra, by większość akwenów na naszych terenach zamarzło. Był pierwszy dzień nowego roku, więc nie zamierzałem marnować dnia na sianie, więc wyszedłem na dwór - jak już mówiłem, było szaro i ponuro. Kierowałem się w stronę Lasu Kaskady, kiedy nagle zauważyłem jakiś dziwny, fioletowy płomyczek przed sobą. Po chwili zniknął, a kilka metrów od miejsca gdzie był wcześniej znów się pojawił. Poszedłem za tym czymś, a ono zrobiło to samo jeszcze kilka razy. Po jakimś czasie dotarłem do jakiejś dziwnej jaskini. Wydobywały się z niej jakieś dziwne, szafirowo-zielone opary. Cofnąłem się trochę, tak by nie mogły mnie dosięgnąć. Po chwili zaczął się formować w zarys dwóch koni - jednego ogiera jednorożca i drugą ziemską klacz. Oba konie spojrzały na mnie, po czym widmo klaczy zmieniło kolor na brązowy, a ogier zrobił się kary. nagle oba widma rzuciły się na mnie, jednak w ostatniej chwili jakby mgła się rozpłynęła. Zacząłem uciekać, jak najdalej od tej jaskini. W tej chwili poczułem że moja głowa za chwilę eksploduje, pod naciskiem myśli - Co to były za konie? Kim one były? A może są? I gdzie? Jednak gdy już dotarłem do jaskiń, zastanawiałem się, czy zachować to dla siebie, czy powiedzieć to Ember, lub komuś innemu... Jednak spojrzałem w niebo, a ono zrobiło się już granatowo - niebiesko - fioletowe, więc postanowiłem położyć się już spać. "Czy to był tylko przypadek? Czy może jakaś przepowiednia?" Pomyślałem, po czym zasnąłem na swoim świeżym, miękkim sianie.

Zaliczone!  Otrzymujesz wejściówkę na Brylantową Galę, gratuluję :)

niedziela, 28 grudnia 2014

Od Ramzesa - zdobycie Smoka

Obudziłem się; słoneczko świeci, ptaszki śpiewają na zewnątrz a ja wychodzę na dwór przekonany że dzień jest piękny, a tu nagle proszę - na niebie w pobliżu Groty Wii powstały dziwne czarne chmury - to nie mogły być zwykłe, burzowe chmury. To musiało zwiastować coś niedobrego. Więc swoim zwyczajem, postanowiłem zobaczyć co się tam dzieje. Zatem cwałem pobiegłem niewyraźną ścieżką, prowadzącą do owej groty. Szedłem tak i szedłem, aż w końcu zobaczyłem coś dziwnego - ujrzałem przed sobą dwa smoki. Były to smoki magmy i ognia. Wyglądały, jakby miały zamiar się pojedynkować, a to dziwne... przecież te dwa żywioły nie walczą ze sobą bez powodu. Po chwili jednak ujarzałem przy wązkim wejściu do jaskini smoka umysłu, który najwyraźniej je kontrolował. Przemieniłem się więc w jaszczurkę i podbiegłem do owego smoka i wkroczyłem do pieczary. Ujrzałem tam dwa smoki przykute do ściany jaskini; miały one dwa ogony, rogi, runy na boku (w kolorze niebieskim) oraz dziwne skrzydła, które wcale nie wyglądały jak skrzydła. Tuż za mną wkroczył owy smok umysu - on natomiast miał na turkusowym ciele dziwny, złoty wzór, po którym jakby przemieszczało się coś podobnego do prądu. Na środku jaskini stało szkarłatne jajo z dziwną spiralą na sobie. Smok umysłu zaśmiał się i zwrócił się do pary:
- No, nasze bojowo nastawione smoczki jakoś się złapały, hmm?
- Cicho siedź Marviois! - krzyknął jeden ze smoków (Najwyraźniej kobieta)
- Oooo... nadal nieposkromiona! - Uśmiechnął się podstępnie Marviosis - Wiesz co, raczej tobie kazałbym milczeć...
- Nie odzywaj się tak do mojej żony! - wykrzyknął drugi smok
- Łech... Kiedy do was dotrze, że chce po prostu wasze jajo! - Syknął smok - Ten malec będzie poteżny... Taaak i to bardzo...
Dopiero w tej chwili zrozumiałem - Ten smok chce zabrac rodzicom ich synka! Eee... A może córkę? Nie wiedziałem, jednak nie wiele myśąc przemieniłem się w wielkiego, opancerzonego smoka i ruszyłem na tego Marvio...ee...siastasa? No nic i tak ruszyłem na niego.
- Co do...?! - Wykrzyknął zdziwiony uciekając z pieczary z podkulonym ogonem.
- O zacny smoku, dziękujem ci za uratowanie nas z łap Marviosisa! - Zwóciła się do mnie samica, gdy przegryzałem łańcuchy.
- Assyfam sięę Amsez - rzekłem ściskając kły na metalu
- Słucham? - zapytał grzecznie drugi smok.
- Nazywam się Ramzes - odrzekłem, kiedy tyko smoczyca byla wolna. Kiedy uwolniłem z ciasnych więzów i samca, zewsząd zaczeły wysypywać się opancerzone smoki kamienia, które otoczyły naszą trójkę (Jak wliczyć jajko to czwórkę).
- Uciekaj! Zabierz naszego małego! - Krzyknęły chórem smoki.
- Ale co z wami? - Zapytałem.
- Życie naszego dziecka jest ważniejsze od naszego. - Rzekła smoczyca ze lzami w oczach - NO LEĆ!
Zatem zastosowałem sie do instrukcji - chwyciłem jajko i odleciałem. Kiedy wróciłem do jaskini z jajkiem, postanowiłem dowiedzieć się, jakiej jest on rasy. Tak więc wziąłem wielką księgę, na której napisane było złotymi literami "Wielka Księga Smoków". Na okładce był również rysunek oka smoka. Otworzyłem ją - na pierwszej stronie był spis treści. Od nastepnej zaczęły się już informacje o smokach. Zatem zacząłem patrzeć na obrazki. Zwracałem też uwagę na nazwę. Zatem szukałem tak i szukałem... Znalazłem Smoka Anioła, Smoka Słońca, Smoka Ziemi, Smoka Eteru... Aż w końcu znalazłem pasującego do jego wyglądu rasę - Smoka wojny. Z tej księgi, wynikało, iż te smoki są bardzo wojwnicze - pewnie rodzice tego malca nie byli walczeni, z powodu złego traktowania ich. Zatem w tedy postanowiłem znaleźć mu miejsce takie, w którym nie narobi za dużo szkód gdy się wykluje. zatem spakowaem się i wyruszyłem na poszukiwania. Po pewnym czasie, znalazłem dobre miejsce w pieczarze na naszej pustyni. Kiedy tylko włozyłem zam jajo, zacząłem rozkładać niezbędne rzeczy. Kiedy tylko wszystko było już gotowe, musiałem mu już tylko i jedynie nadać imię. W końcu zdecydowałem się na Remusa. W tedy rzekłem do malucha:
- Witaj w swym nowym domu, Remusie.

sobota, 27 grudnia 2014

Od Ramzesa do Fallen Ember

Obudziłem się w jakimś dziwnie znajomym miejscu. Obejrzałem się - tajemnicze zwierzę zniknęło. Postanowiłem więc pójść na przód. Kiedy wstałem, coś pchnęło mnie od razu na północ. Po jakimś czasie dotarłem na skałę. Co z niej ujrzałem? Widziałem tam rząd jaskiń a przy nich plątały się inne konie. Nagle zza drzewa wyskoczyła pantera. Obnażyła kły, lecz jakby zaczęła bardziej mu się przyglądać. Usiadła przede mną, po czym usłyszałem dziwny kobiecy głos, należący najwyraźniej do tej pantery:
- Witaj Ramzesie, - Pantera uśmiechnęła się zagadkowo
- Ty do mnie przemówiłaś? - zapytałem zdziwiony.
- A i owszem- odparła, wstając
- Ale... JAK?
Jednak kocicy już nie było. Właśnie w tej chwili pragnąłem móc przemienić się w mysz, by móc bliżej przyjrzeć się temu stadu. Właśnie w tedy poczułem, że zacząłem robić się mniejszy. Po chwili w małej kałuży ujrzałem swój wygląd - mała, czarna myszka z bialutkimi plamkami i różowym ogonem, łapkami i noskiem. Zdziwiłem się jak nie wiem. Jednak korzystając ze zbiegu okoliczności, postanowiłem pod tą postacią rozejrzeć się tam. Zatem zacząłem biec. Myślałem, że chyba dotrę tam dopiero jutro, jednak kiedy spróbowałem pobiec, po minucie byłem już za jedną z jaskiń. No więc się przyglądałem się tym koniom. Kiedy widziałem już dosyć dużo, wróciłem szybko na skałę. Teraz chciałem już tylko powrócić do formy konia. Po chwili w odbiciu kałuży zagościł kary, jabłkowity ogier z błękitnymi oczami. Teraz postanowiłem to wszystko złączyć w jedną (dosyć niedorzeczną) całość - Dzisiaj odkryłem trzy umiejętności - Zmiana w jakieś zwierzę, bieg ok. 70km/h (czyli tyle co gepard) oraz rozmowa ze zwierzętami. Natomiast wcześniej uratował mnie ten jeleń... jeleń...jeleń...jele... No właśnie! Przecież widziałem kilka różnych zwierząt, dopiero później przyjrzałem mu się lepiej i uznałem go za jelenia. Poza tym musiał biec co najmniej 70 km na godzinę, inaczej nie zdążyłby mnie uratować. No i na końcu słyszałem te głosy, a przecież w tedy byłem 100% pewien, że jeszcze nie rozmawiałem ze zwierzętami. Zatem to on musiał posiadać tą umiejętność. Inaczej bym go nie zrozumiał. Rozejrzałem się - był już prawie wieczór, więc postanowiłem się przespać. Ułożyłem się więc na mchu i zasnąłem, nie mając żadnych snów.
***Jutro rano***
Dzień był piękny, więc postanowiłem spróbować dołączyć do tego stada. Zatem odetchnąłem i ruszyłem pewnym stępem ścieżką, prowadzącą do tych jaskiń. Jednak zanim tam dotarłem, zza drzew wyskoczyło 6 koni, które przyglądały mi się uważnie. Na końcu wyszła siódma, ostatnia klacz z trzema innymi końmi. W końcu owa klacz odezwała się:

< Ember? Co powiedziałaś? >