Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od Anguy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Od Anguy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2015

Od Anguy cd. Inferno

Przyłożyłam głowę do piersi ogiera... faktycznie, brzmiały niemalże identycznie. 
"Moimi łzami zmyłeś błoto tkwiące na mych kopytach.

Wszystkie te rzeczy, które próbuję robić, czynią mnie lepszą.
Teraz pamiętam radość i smak słodyczy.
Niewinność młodości i dźwięk radosnych brzmień."

Zanuciłam, odsuwając przy tym głowę od Inferna, spojrzałam się na niego.





<Inferno? Ciekawy skąd to? A proszę: Woodkid - Wasteland >

piątek, 20 lutego 2015

Od Anguy CD Ramzes

Czas poświęcony na rozmowę z Raamzesem zmuszona jestem uznac za świetnie wykorzystany... chocbym bardzo pragnęła sądzic inaczej, wspaniale się bawiłam udawając żółwie i słuchając jego dowcipów. Prędzej czy później przychodzi jednak pora, w której trzeba sie porzegnac, ogier zaproponował, że odprowadzi mnie do mojej jaskini... swoja drogą, nie wiem od kiedy to konie śpia w jaskiniach, ale to w końcu pelsze od snu w deszczu czy śniegu... w każdym razie, gdy zaczął zapadac wzrok, a na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy, razem z Ramzesem udałam się do siebie.
- To... narazie. - powiedziałam gdy zatrzymaliśmy się przed wielką dziurą w skale.
- Pa. - odrzekł i ruszył do siebie. W końcu ma też swoją rodzinę...
- Siemasz, Mavi... co dzis porabiałaś? - zwróciłam się do smoczycy od razu po przekroczeniu progu groty.
- Em... nic... właściwie, to tylko polowałam. - powiedziała i podleciała do mnie kładąc przede mną spory kawałek mięsa. Nie mogłam odmówic, juz dosyc długo nic nie jadłam, tak więc prędko pochłonełam całą nogę sarny. Troche szkoda, że razem z przemianami nie opuściła mnie potrzeba sporzywania mięsa, ale nie można miec przecież wszystkiego... poza tym, teraz mogę jeśc oba rodzaje porzywienia, choc czuję, że raczej nigdy nie przyzwyczaję się ponownie do jedzenia trawy. Zbyt długo tego nie robiłam.
- Dzięki. - rzekłam do Mavi. - a teraz... pozwolisz, że położę sie spac? - spytałam sie jej. Leżała właśnie w moim ulubionym kącie.
- Em... -spojrzała się na mnie, przez pierwsze parę sekund nie do końca rozumiała o co chodzi, lecz szybko sie zorientowała - pewnie... - odskoczyła w inny rór po czym równiez zasnęła. Zadziwiające, jak jej szybko przychodzi sen... widocznies moki juz tak mają. Mi zeszło jakieś dwadzieścia minut na wprowadzenie się w stan snu ale również w końcu zasnęłam... każdy kiedyś zasypia.

~Koniec opowiadania~
Ależ nie mam pomysłu...

wtorek, 17 lutego 2015

Od Anguy CD Inferno

Dopiero po paru sekundach przestałam bezmyślnie patrzec się na ogiera opierającego się bezradnie o skałę by zmniejszyc swój ból, widac było, ze to nie pomaga.
- Zaczekaj chwilę... - rzuciłam i pobiagłam z powrotem do środka by wziąc ze sobą coś, co uśmierzyc jego ból. Na szczęście opatrunki zawsze leżą w jednym miejscu. Prędko chwyciłam je i wróciłam do ogiera po czym prędko przyłożyłam mu je do głowy razem z lodem, który trzymam w wiecznie zimnej dziurze w jednej ze ścian groty(swoją drogą, nie mam pojęcia od kiedy tam jest... gdy się wprowadzałam, mogłabym przysiąc, że jej tam nie było). - lepiej? - spytałam.

<Inferno? Yoann Lemoine nie pomaga... muszę coś zrobic, ale nie wiem co. Całą wenę wykorzystałam chyba na napisanie opka na watahę ;'( Oby jutro wróciła, a Woodkid znów zdołał mi pomóc bo dłużej tak byc nie może>

niedziela, 15 lutego 2015

Od Anguy CD Inferno

Gdy tylko rozstałam się z Inferno, pognałam położyc się spac by nastepnego dnia znów byc w pełni sił.
- Od kiedy to przychodzisz na noc? - zdziwiła się Mavi gdy zobaczyła mnie w grocie.
- Od dziś. - oznajmiłam z uśmiechem na twarzy. Nie musiałam długo czekac aż zasnę, sen przyszedł do mnie p przeciągu paru minut.
Nie pamiętam swojego snu, ale byłam zadowolona po nim. Kiedy się przebudziłam, ziewnęłam jedynie i bez nawet jednego słowa zaczęłam przygotowywac się do wyjścia. Mavi jak codzień pomogła mi w czesaniu grzywy i ogona, przystroiłam się niewielkim wiankiem z kwiatów i na koniec przejżałam sie w swoim wodnym lustrze, który stworzyłam parę dni temu. Byłam już gotowa... miałam już nawet wybiec z jaskini, lecz Inferno mnie uprzedził.

<Inferno?>

Od Anguy CD Inferno

[Clean Bandit - Rather Be]

Byliśmy coraz bliżej siebie, nasze twarze prawie się już spotkały, aż w końcu... chciałam go odepchnąc, lecz nie zdołałam się do tego zmusic. Nie mogłam... Pocałował mnie. Choc, może to ja go pocałowałam? Nie mam pojęcia, ale właściwie to jest bez różnicy. Tylko raz w swoim życiu tak się czułam, ale to było dawno, bardzo, bardzo dawno. W końcu wróciło.
Byłam już tylko ja i on, "ale czy to prawdziwe uczucie? Znamy się zaledwie dzień..." myślałam, lecz każda taka myśl była od razu wyrzucana z mojego umysłu. Nie obchodzi mnie to, czy jest prawdziwe, jestem szczęśliwa, a reszta się okaże.
Wiem o wielu rzeczach, lecz to, jak długo się całowaliśmy, jest mi nieznane. Wiem jedynie, że zapadł już zmrok. Spojrzałam w oczy Inferna. Do ust nasuwało mi się jedno pytanie ale nie byłam pewna czy wydobędę je z siebie. Ogier wyczytał je jednak z moich oczu. "Co dalej?".
- ...

<Inferno? Nie ma nic bardziej przerażającego od moich "romantycznych" opowiadań...>

OD Anguy- Już nigdy nie powróci.... [Quest wędrówka]



Nie wiem dlaczego, ani skąd się tu wzięłam, ale właśnie przekroczyłam ogromną bramę prowadzącą do nieznanych mim jak dotąd ruin. Czułam jak ogromną siłą magiczna emanuje to miejsce co przyprawiało mnie o dreszcze, mimo to jednak stawiałam coraz to kolejne chwiejne, acz kolwiek zdecydowane kroki. Jakbym wiedziała gdzie zmierzam, choc w rzeczewistości nie miałam nawet pojęcia co robiłam pare godzin temu... najwcześniejszym wydarzeniem, jakie miałam w tej chwili w swojej pamięci było to, że przed czymś uciekałam, a za mną był sam ogień, a zarazem mrok. 
Mijałam przeróżne drzwi, najwyraźniej wykonane przez ludzi, znajdowałam się w ogromnej twierdzy, w której niegdyś mieszkali oni, lecz teraz jest opuszczona... a przynajmniej na taką wygląda. ja czułam, że cos cały czas mnie obserwuje, oddacha mi wprost na kark, ale boję się odwrócic i sprawdzic co to.
Nagle wokół mnie zaczyna pojawiac się czarna mgła, znikąd... tętno znacznie pi przyśpiesza, mam ochote uciec, lecz jednocześnie nie mogę się ruszac - jestem sparaliżowana przez strach. Już nic nie widzę, gdy przede mną pojawia sie przebłysk światła, choc niewielki, dodaje otuchy.
- Witaj. - słyszę melancholijny kobiecy głos. NIewielkie okruchy śwaitła po chwili przeradzają się w klacz.


- Jestem Sansara. Wybacz mi to przerażające wejście, lecz musiałam to zrobic. - powiedziała - widzisz... ty jako jedyna dotarłaś aż do tego miejsca i przeżyłaś, a potrzebuje pomocy... pilnej pomocy. - mówiła domnie, jednak jej słowa przenikały przeze mnie. Byłam w szoku, lecz usiłowałam sie opanowac. Dotarły do mnie tylko ostatnie słowa zbłąkanej duszy. - musisz go odnaleźc. Błagam, nie zaznam spokoju póki nie będę wiedziec co stało się z moim ukochanym... - wręczyła mi zdjęcie jakiegoś ogiera.
- To on? - spytałam.
- Tak... odnajdziesz go? Ostatnio widziałam go w górach, pokłóciliśmy się... a potem... - przerwała, lecz nie trzeba było dużo sie sastanawiec co stało się potem. Zginęła, zaoewne w tych ruinach, i nie zdążyła się juz pogodzic ze swoim ukochanym. - nagrodzę cię! Jestem... duchem, mogę zrobic dla ciebie właściwie wszystko. - wszystko. To słowo utkwiło mi w głowie... nawet zdjąc ze mnie klątwę? Możliwe. Ale nawet jeśli nie, współczułam klaczy na tyle by pomóc jej w trafieniu do zaświatów. Wystarczająco długo tuła się już po tym świecie jako duch, w samotności. Kiwnęłam głową i ruszyłam na powierzchnię by znaleźc zaginionego konia.

Dotarłam na miejsce dośc prędko, gdyż w biegu pomagała mi nadizeja zdjęcia klątwy, wolności, zdrowia... końca cierpień. Zbliżenie się do normalności. Na początek zaczęłam rozglądac się za ogierem ze zdjęcia, choc nie miałam zbyt wielkich szans na znalezienie go tu - jest to stworzenie zywe, które ma nogi więc może się poruszac... istnieje więc niewielka szansa, że znajdę go tu. Mimo to, jednak szukałam go tu dalej przez parę godzina aż znalazłam.
Tak, odnalazłam go po kilku godzinach poszukiwań i wypytywania wszystkeigo, co zywe w tej okolicy. Był w dole wielkiego klifu, leżał tam martwy, a jego ciało było obmywane przez wode spływająca w dół. Larwy robaków zaczęły już dawno urządzac sobie z niego ucztę... najwyraźniej nie zdołał znieśc wieści o smierci swojej ukochanej. 


Wróciłam do ruin z wieścmi dla wdowy.

- I co... znalazłaś go? - spytała.
- Chocbyś nie wiem co zrobiła, nie możesz go zobaczyc, prawda? - upewniłam się.
- Niestety nie... choc pragne tego jak niczego innego. Znalazłaś go? - ponownie zadała pytanie. Połknęłam ślinę i przemogłams ię w końcu do wyznania jej wszystkiego.
- Tak, on... on żyje, ułozył sobie zycie na nowo, choc bardzo przeżył twoją śmierc. Ma już nową rodzinę, córke i żonę. Ale twoje zdjęcie zawsze nosi przy sobie. - powiedziałam. Usta zjawy zakrzywiły sie delikatnie w duł, lecz widac było, że cieszy się szczęściem ukochanego. Kłamstwo to zło, lecz czasem lepiej jest ukryc prawdę.
- W porządku... to, czego pragniesz? - spytała się mnie po chwili, gdy miałam już wracac do swoich.
- Cóż. Od kilku lat ciąży na mnie pewna klątwa, nałożyli ją na mnie członkowie mojego byłego stada. Noca zmieniam się przez to w potwora, ale pewnie nie potrafisz jej ze mnie zdjąc. - rzekłam, klacz przyjrzała się mi i uśmiechnęła.
- Zdaje się, że chyba zdołam coś z tym zrobic... - odezwała się.

"Kiedy nadchodzi noc
I ja zgubiłam drogę
I pory roku się zatrzymują
I chowają głęboko pod ziemią
Kiedy niebo staje się szare
Wszystko wokół krzyczy
Sięgnę w głąb
Tylko aby odkryć, że moje serce bije"

Ból, cierpienie, smutek, chaos i zło... to wszystko przeszłośc. jestem już sobą, choc zapadł zmrok. I zawsze tak będzie, już nigdy więcej... nigdy nikogo nie skrzywdzę wbrew sobie. Moje stado już nigdy nie będzie zagrożone.

<Koniec. Tak, Angua nie ma już klątwy>

Zaliczone!
Nagrody w sklepie c;

sobota, 14 lutego 2015

Od Anguy CD Milliete

Gdy tylko weszłam na ogromna salę wszyscy zbiegli się w moją stronę zachwyceni moim strojem i zaczęli wypytywac o wszystko, o co tylko można... okrążyli mnie ze wszystkich stron, nie miałam możliwości wyrwania się z tego oblężenia. Czułam się jakbym była jednym z tych setek gryzoni, które łapałam przed zjedzeniem. Pułapka bez możliwości ucieczki. Byłam niczym twierdza okrążona przez setki tysięcy barbarzyńców, jak ptak zamknięty w klatce.
W końcu jednak wszyscy stracili zainteresowanie moja osoba i wrócili do swoich zajęc, lecz trwało to niesamowicie długo. Zdołałam już tylko przetrwac jeden taniec i udałam się wykończona w jeden z kątów ogromnej sali w którym przesiadywała już Milette i rzuciłam się zmęczona na jedno z siedzeń.
- Mam tego dośc. - rzuciłam
- To znaczy czego? - zdziwiła się klacz.
- No... tego wszystkiego! Widziałaś jak mnie wszyscy okrążyli? Nie miałam już czym oddychac, tak mnie przycisnęli. - powiedziałam i westchnęłam głęboko.
- Ta, widziałam. - rzekła i również westchnęła.

<Miliette?>

Od Anguy CD. Inferno

Ryba była doprawdy pyszna... ale trochę szkoda, że Inferno nie może jej spróbowac, lecz to w sumie ja nie jestem pod tym względem "normalna". No nic, pozostało mi zjeśc ją całą samemu. Gdy skończyłam, ogier ponownie zwrócił się do mnie.
- To... co dalej? - spytał.
- Może teraz ty prowadź. Zdaję się na twoją łaskę. - powiedziałam gdy przemyłam pysk w wodzie. Gniadosz zaczął się intensywnie zastanawiac nad naszym kolejnym celem. Przez chwile nawet sprawiał wrażenie nieobecnego, jednak po chwili ponownie się odezwał, najwyraźniej miejąc juz pomysł.
- Chodź. - rzekł i zaczął biec, ja oczywiście ruszyłam za nim i po chwili mu dorównałam. W biegu spojrzałam sie na niego z ukosa, on również to zrobił, lecz prędko oboje zwróciliśmy wzrok przed siebie w obawie, że na coś wpadniemy. W końcu zapomniałam się go spytac, gdzie mnie prowadzi.

<Inferno?>

piątek, 13 lutego 2015

Od Anguy - Nocą dzieją się doprawdy złe rzeczy...

Wszystko jak przez mgłę, las... chyba, może miasto? Lub niebo... w końcu latam. Z mojego pyska leje się krew, z resztą jak ze wszystkich ran, które ponisłam. Kiedy i gdzie? Chciałabym to wiedziec... wiem jedynie, że jest noc, i że jestem potworem. Krwiożerczym monstrum, które szuka swoich przyjaciół tylko po to, by ich zabic. Jakież to ogromne szczęście, że jak dotąd nikogo nie spotkałam. Ale czuję to. Czuję, że to niedługo się zmieni. Znalazłam czyjś trop, jeszcze mi nieznany, za chwilę to się zmieni.
W końcu, ustałam kilka metrów od jakiegoś konia, raczej nie ze stada... jego siwa sierśc odbijała śwaitło księżyca, czarne "skarpetki" na nogach zlewały się z podłożem. Ogier spojrzał się na mnie przerażony i wydał ze swoich ust ostatni zduszony wrzask... bo tylko tyle zdołał zrobic nim go dobiłam. Pociągnęłam nosem wciągając zapach świeżej krwi, zaczęłam sie posilac, gdy nagle usłyszałam za sobą czyjś głos, tym razem znajomy. Mimo tego faktu uruchomił sie we mnie mechanizm obronny, nie mam zamiaru dac zbliżyc się komukolwiek do MOJEJ ZDOBYCZY. Odwróciłam się błyskawicznie i ustawiłam do pozycji bojowej oblizując przy tym swój ubrudzony krwią pysk.
Stał przede mną śnieżnobiały koń o ogromnych orlich skrzydłach w tym samym kolorze, opraz o dużych niebieskich oczach. Przygotowałam się do ataku.

<Lake? Nocami jestem doprawdy nie do zniesienia xd >

Od Anguy- Konkurs na strój karnawałowy

1. Zbawicielskie serum
Niedługo odbędzie się niezwygły bal... bal karnawałowy. Mimo, że nowy rok juz dawno minął, w stadzie organizujemy sobie go niedługo. Dokładniej - za kilka dni, i do tego czasu musze wymyślić coś abym mogła jakos na niego pujść.
Jest bowiem jeden całkiem spory prablem. Bal odbędzie się nocą, ale słyszałam, że jedna z szamanek stadnym upichciła dla mnie na to lekarstwo... co prawda nie działa ono na stałe ale zapobiegnie przemianie na pare godzin. Poprosiłam więc Mavi aby poleciała odebrać moje serum, a sama ruszyłam na poszukiwania drugiej rzeczy na swojej liście niezbędnych przedmiotów.
Musze przyznac, że nie łatwo było wymyslic dla siebie pasujący strój karnawałowy. Nie lubię nadmiernego przepychu ale i zbyt mała ilośc ozdób może źle wyglądac. Musiałam dobrac do przebrania idealne proporcje dekoracji. Zdecydowałam się na połączenie błękitu i czerni, gdyż po zastanowieniu stwierdziłam iż właśnie taki strój będzie się dobrze komponowac z moją biała sierścią. Pozostało już tylko zdobyc materiały. Przed wejściem do mojego obecnego miejsca pobytu, przeznaczonego głównie do spania i dla Mavi, upolowałam krulika, z którego krwi namalowałam kopytem na kawałku skóry plan tego, jak mniej-więcej będzie wyglądac mój kostium. Oczywiście pomijając kolory gdyż krulicza krew ogranicza się do odcieni brązu i czerwieni, z resztą jak każda inna...
Zawiesiłam sobie na szyi torbę, spakowałam do niej niezbędne przedmoty i ruszyłam na poszukiwanie pierwszego elemantu mojej układanki.

2. Pierwszy element.
Wpierw musiałam znaleźc coś, co dałoby mi zameirzany efekt - błekitne bądź białe pióra. Jako pierwszy do głowy przyszedł mi Błękitny fenix, lecz nie są one tak często spotykane co ich czerwonobiórzy krewni, a i oni sa bardzo rzadkimi stworzeniami. Słyszałam jednak, że gdzieś w Leśnej Świątyni Scheidt jeden z błękitnych fenixów założył swoje gniazdo i oczekuje młodych. Na moje szczęście nie są to stworzenia znane z agrasji, a swojej łagodności.
W tym ogromnym starożytnym mieście, niegdys zamieszkiwanym przez wilki, widac jeszcze ślady jego mieszkańców z przeszłości. Przebawyjąc w tym miejscu nie czułam się za pewne ale uparcie rozglądałam sie za gniazdem niebieskiego ptaka. Poszukiwania opłaciły sie dopiero po parunastu minutach, kiedy to za koroną starego drzewa dostrzegłam jak cos niebieskiego sie porusza. Od razu zaczęłam chałasowac, by miec pewnośc, że faniks wie o mojej obecności tutaj. Po chwili zza liści wyłoniła się spora głowa ogromnego ptaka.

- Witaj. - rzekł spojojnym, żeńskim głosem... więc to samica, ale tego mogłam się spodziewac. W końcu spodziewa sie młodych.
- Witaj. - odpowiedziałam.
- Co sprowadza cię w okolice mojego gniazda? - spytała przyglądając się uważnie każdemu skrawkowi mojego ciała. - jak sądzę, nie przypadkiem tu przybyłaś... konie nieczęsto odwiedzają byłe domy wilków. Takie jak to... jest dla nich niczym twierdza zła. - powiedziała.
- Owszem. Nie za chętnie tu przyszłam, lecz nie odwiedziłam tego miasta bez powodu. Doszłam tutaj wiedząc, że tutaj mieszkasz... bo widzisz, chciałabym cie prosic o kilka twoich pieknych piór. Moje stado organizuje bal karnawałowy, a błękitne pióra, jakie masz na sobie, idealnie ndadzą sie na ozdoby mojego stroju... oczywiście, bez urazy, jeśli uważasz to za nieuprzejme, prosic o coś takiego. - samica znów zmierzyła mnie wzrokiem i nagle zeskoczyła z drzewa pokazując mi się w pełni swojej okazałości. Była ode mnie zdecydowanie większa, lecz bez wątpliwości - wielkością nie dorównuje Mavi. Mimo to, jednak robi wrażenie.
- Moje pióra, powiadasz?... przyszłaś po kilka moich piór? - powtórzyła moje słowa jakby nie potrafiła w to uwierzyc. - a czy nowy rok nie minął jakiś... z miesiąc temu? - spytała.
- Tak, lecz my dopiero teraz zdecydowaliśmy się zosrganizowac bal. - oznajmiłam ogromnej ptaszynie.
- No... skoro tak... - westchnęła i sięgnęła dziobem ku swojemu grzbietowi i wyrwała sobie kilka sporej wielkości piór, które z całą pewnościa pokryłyby mnie całkowicie. - proszę... a teraz idź już bo muszę zając się znów jajkami. Niedługo sie wyklują... - powiedziała i z powrotem wleciała do swojego gniazda znikając za grubą warstwą liści i gałęzi.

3. Paleta barw

Drugim elementem mojego stroju będą farby, którymi pomaluje niektóre elementy mojego ciała... nie może to byc jednak zbyt klejąca farba gdyż po zaschnięciu takiej będzie trudno ja zmyc, a z kolei zbyt wodnista - od razu sie rozleje. Znam na szczęście proporcje, które pozwola mi uniknąc tego problemu... obecnie mam inny problem - brakuje mi składników farby, lecz i to nie powinno sprawic zbyt wielkich problemów. Wystarczy w końcu wiedza o roślinach i miejscu ich występowania. 
Zaczęłam zagłębiac się w odmęty własnego umysłu w poszukiwaniu informaci o pewnej roslinie, z której kwiatów łatwo stworzyc potrzebny mi barwnik. Roslina ta zwie się "Barwiennikiem błękitnopłatym" i lubuje sie w miejscach słabo zalesionych o żyznej glebie... tak więc gdzie indziej łatwiej byłoby ją znaleźc niż na łące?
Oderwałam się od ziemii i gładko przeleciałam ponad koronami drzew w Lesie Renyi i wylądowałam na ziemii gdy trafiłam na teren mniej pokryty drzewami. Kontynuowałam drogę pieszo, nie śpiesząc się zbytnio... w końcu mam jeszcze całkiem sporo czasu. Kiedy doszłam na łąkę, zaczęłam rozglądac się za swoimi kwiatami. Chwilę zajęło mi poszukiwanie ale po kilku minutach mój wzrok padł na sprytnie chowające się przede mną niebieskie kwiaty rosliny.

Podeszłam do niej i zerwałam ich tyle, ile zdołałam upchnąc do słoika po czym zabrałam się ponownie za grzebanie w swojej pamięci. Brakuje mi jeszcze dwóch kolorów farb.

Jako druga z farb niezbędnych do stworzenia mojego kostiumu jest czerń, którą chyba jest najłatwiej stworzyc ze wszystkich mi potrzebnych. Wystarczy bowiem do niej tylko sadza, której jest pełno w okolicach wulkanu. A skoro tak, wystarczyło jedynie udac się do stóp wulkanu Kyndrill i zebrac sadzę osadzoną na kamieniach przy nim leżących. Uzbierałam jej pół słoika, gdyż więcej mi nie potrzeba.

Trzecią farbą była biel. I tu pojawił się niemały problem, gdyż sama nie znam sie na wykonywaniu tego koloru farm... musiałam więc odwiedzic handlarzy z Bassaltu. Do tego pięknego miasta połorzonego pod Prastarym Dębem dotarłam dopiero wieczoram, lecz nie odczuwałam potrzeby pośpiechu. W końcu pierwszą dawkę mojego serum na przemianę załyłam tuż przed pierwszą oznaką zbliżającej się nocy - lek działa. Gdy przekroczyłam bramę miasta rozejrzałam sie dookoła. Bassalt wygląda zdecydowanie lepiej po zmroku. Nad wszystkimi uliczkami świecą się lampy wypełnione swietlikami, a światło przez nie tworzone odbija się od kamieni z których ułozone są ścieżki, lecz nie na tyle by oślepiac. Okna domów są pozasłaniane przez ręcznie wyszywane firanki, zza których widac w większości tradycyjnie, acz kolwiek łądnie, wystrojone pokoje.
Na moje szczęście większośc sklepików było jeszcze otwarte, a wejścia do nich dośc duże by koń się w nich zmieścił... nie ma jednak pojęcia jakim cudem mieszczą się w nich skrzydlate konie. Weszłam do sklepu nad którego wejściem była zawieszona tablica z napisem "Artykuły artystyczne" co dało mi jasno do zrozumienia, że właśnie tego szukam. Za ladą stał, a właściwie siedział, jakiś brodaty krasnoluf w podeszłym wieku, wyglądał jednak całkiem sympatycznie, a zarazem śmiesznie przez swoją zabawną fioletowo-czerwoną czapkę z pomopnem. Widocznie było mu zimno...
- Dobry wieczór. - przywitałam się z nim
- Dobry, dobry... w czym pomóc? - odezwał się swoim radosnym tonem.
- Ma pan może jakąs biała farbę? Taką, która nie poprzylepia mi się do sierści jak jej użyję? - sptałam. Krasnolud patrzył się na mnie przez chwilę jednocześnie zastanawaijąc się nad moim pytaniem, aż po paru sekundach nagle zeskoczył z krzesła i zaczął szperac po półkach.
- Tak... oczywiście. Już podaję... moment... o! Mam cię! - złapał w dłonie butelkę wypełnioną białą mazią i pokazał mi ją. - może byc? - spytał.
- Tak, a ma pan może jeszcze jedną taka buteleczkę? Przydałaby mi się.
- Oczywiście. - ponownie sięgnął na tę sama półkę i wyjął z niej identyczną butelkę po czym postawił ja obok poprzedniej i usiadł z powrotem na miejscu. - należy sie za to sześc Sylingów. - oznajmił i wyciągnał ręke po zapłatę. W pośpiechu wyciągnęłam ze swojej sakiewki kilka monet i położyłam je na jego dłoni.
- Zgadza się? - spytałam. Krasnolud w pośpiechu przeliczył monety i powiedział:
- Tak, co do jednej.
- To wspaniale... dziękuję i do widzenia. - porzegnałam się i wyszłam ze sklepiku słysząc za sobą "do zobaczenia" wypowiadane przez krasnoluda.
Nastepnie udałam się do lasu i za pomoca kilku drobnych nacięc w drzewach wydobyłam z nich żwicę potrzebną do zrobienia farby oraz poszłam nad rzekę by nalac z niej wodę do butelki.


4. Zjednoczenie
Gdy wróciłam do swojej jaskini położyłam wszystko na ziemii i zabrałam się do tworzenia farb. Błękitne kwiaty zerwane na łące musiałam wpierw zmiażdżyc kopytami by wydobyc z nich ich niebieskie soki. Zamoczyłam je w odrobinię wody, zamieszałam i odstawiłam na bok by jak najwięcej barwnika wydobyło się z kwiatów.
Nastepnie zabrałam się za czarny kolor. Sadza sama w sobie jest bęsta więc jedyną czynnoscią jaka trzeba wykonac tworząc z niej farbę jest wymieszanie z nią wody i odstawienie mieszaniny na bok by składniki się złączyły.
W czasie, gdy farby się robiły, ja zajęłam się za pióra - do niewielkiej miseczki wlałam częśc zawartosci pierwszej z butelek i zanurzyłam w niej błekitne pióra fenixa, jednak tylko do 1/3 ich długosci by końcówki pozostały niebieskie. I wtedy przypomniało mi się o jeszcze jednym szczególe - kamienie szlachetne! Przecież w stroju karnawałowym nie może zabraknąc czegoś, co odbijałoby światło i zwracało na ciebie uwagę. Pomyślałam jednak, że wpierw dokończę farby i się prześpię. Położyłam więc pióra na boku by wyschły, a farby wymieszałam z odrobiną żwicy z drzew co nadało im nieco połysku i gęstości - nie spłyną ze mnie, ale nie są też w nadmiarze gęste więc nie pozlepiają mi sierści gdy ją sobie nałożę. Z błekitnej farby(przed dodaniem żywicy) wyjęłam oczywiście kwiaty, gdyz są one niepożądanym dodatkiem. Wymieszałam barwniki, zakryłam je by nie wyschły przez noc i położyłam się spac.

Obudziłam się późnym porankiem, słońce było już dawno na niebie, a Mavi zapewne jakis czas temu wyszła na polowanie. Zajrzałam więc pod pokrywki wszystkich farb by upewnic się, że nie wyschł - wciąz były mokre. Znów je pomieszałam, przykryłam i wyszłam z jaskini z niewielka torba oraz sakiewką. Znów czekała mnie wizyta w Bassalcie, a dobiegłam do niego dosyc szybko. Kupno kamieni również poszło mi gładko, podobnie jak i powrót do groty. Po drodze nawet zdołałam zjeśc sobie jakąś mysz na przekąskę choc wiem, że Mavi po południu pewnie przyniesie nam sarnę.
Gdy tylko przekroczyłam próg swojego "domu", odłożyłam większośc kryształów na bok, a kilka z nich zostawiłam na wierzchu i zaczekałam aż smoczyca wróci do domu.
- Mamo! Szkoda, że nie widziałaś miny tego jelenia jak mnie zobaczył! Haha! - powiedziała gdy tylko weszła.
- Faktycznei szkoda. - przyznałam i uśmiechnęłam się do smoczycy. - ale mam do ciebie małą prośbę... mogłabyś zmiażdzyc te kamienie? - spytałam. MAvi spojrzała się na mnie zdziwiona.
- Po co? Przeciez są takie ładne...
- Wiem, mi też ich szkoda ale potrzebuje z nich proszku. - oznajmiłam i spojrzałam się na mavi proszącym wzrokiem. Nie opierała się zbyt dłgo, po chili przede mną był już lśniący srebrny pył zamiast kamieni. - dziękuję. A teraz zmkaj, dobrze? Muszę jeszcze cos zrobic... może pobawisz się z Ajaxem albo Stalkerem? Nie widziałaś się z nimi już od tak dawna...
- Nie chce mi się teraz... moge później? - zajęczała.
- Pewnie, że możesz. Do niczego cię przecież nie zmuszam. Jak chcesz, mozesz sobie popatrzyc jak przygotowuje swój kostium ale w zasadzie to prawie kończę. - powiedziałam i wróciłam do pracy. Zebrałaz kamienny proszek do woreczka i połozyłam go obok pozostałych ozdób. 
Przeprowadziłam ostatnie poprawki do swoich farb i tak jak wcześniej, zamknełam je szczelnie w puteleczkach by nie wyschły.
- No, zaczekają sobie na bal... a teraz możemy porpbic cos razem, Mavi... gdzie chcesz iśc? - spytałam smoczycy.

5. Wielki bal
Nadszedł dzień, w którym ma odbyc się bal karnawałowy. Minęła już właściwie połowa dnia więc pora na przygotowania.
- Wybacz, Margaux ale niestty musze juz iśc. Zobaczymy się na balu? - spytałam.
- Pewnie, narazie. - pobiegłam do swojej jaskini w towarzystwie Mavi. Czeka nas kilka godzin żmudnej pracy nad malowaniem mnie i dodawaniem dekoracji do mojego stroju, jednak jestem pewna, że wysiłek się opłaci. Wiekszośc koni zapewne będzie wystrojona w róznego rodzaju materiałowe kostiumy, zaś ja użyję tradycyjnej, acz kolwiek zdecydowanie lepszej jeśli chodzi o efekt, metody strojenia się na bal.
Razem ze smoczycą wkroczyłam do gorty i wyjełam gotowe juz w pełni farby ze skrytki.
- Mavi, spójrz. - pojazałam smoczycy swój projekt stroju. - dałabys rabę pomalowac mnie w ten sposób? - spytałam.
- Pewnie, że tak. - oznajmiła i od razu zabrała się do pracy.
Jak można się było domyslic, malowanie trwało całkiem sporo czasu, lecz w końcu przyszedł czas na detale, czyli na dodawanie piór i kamieni oraz na brokat, który smoczyca rozsypała delikatnie na miejsca pokryte przez farbę. Pióra fenixa znalazły swoje miejce na mojej głowie, zaś kamienie szlachetne zostały przyczepione przez smoczyce na mojej szyi oraz części grzbietu. Końcowy efekt był taki.

Zażyłam dawkę serum przeciw objawom klątwy i wyruszyłam na bal. Mavi jednak nie miała ochoty na imprezowanie... strojenie mnie najwyraźniej ją zmęczyło bo położyła się spac gdy tylko skończyła.
Ja za to po parunastu minutach doszłam na miejsce, zapadł juz zmrok.

<Ktoś?>

niedziela, 8 lutego 2015

Od Anguy- Dorastanie Mavi- Quest "Choroba naszego przyjaciela"

Był to dość ponury dzień... od samego rana nie było widać ani odrobiny słońca, krywało się ono pod grubą warstwą ciemnych chmur przysłaniających całe niebo. Mimo to, jednak dzięki białemu śniegowi pokrywającemu całą krainę miało się wrażenie, że jest nieco jaśniej.
- Mamo! - zawołała w pewnej chwili moja smoczyca, Mavi. - Idziemy na polowanie? - spytała. Zdziwiłam się nieco słysząc te słowa... pierwszy raz od dawna Mavi chce iść na polowanie razem ze mną, nie miałam jednak zamiaru odmawiać. Byłam głodna, nawet bardzo.
- Pewnie, chodź. - wyszłyśmy razem z jaskini. - Na co masz ochotę? - spytałam smoczycy.
- A Bawół może być? - znów zaskoczyła mnie swoja propozycją... skąd ja mam jej wziąć bawoła?!
- Bawoła? - powiedziałam z niedowierzaniem.
- Yhm. - potwierdziła. - woła... ostatnio widziałam takie duże stadko... proszeee. - po chwili myślenia zdecydowałam się zgodzić na polowanie na to wielkie zwierze. Nie będzie to jednak łatwe. Bawoły to bardzo silne, stadne zwierzęta. Bronią się zaciekle... ale z pomocą smoka pokonanie go nie powinno sprawić problemów.
- W porządku, prowadź - powiedziałam na co Mavi bardzo się ucieszyła. Zaczęła biec przed siebie prowadząc mnie do miejsca, w którym widziała owe stadko Bawołów. 
Gdy w końcu dotarłyśmy na szczyt wzgórza pod którym pasło się stado tych wielkich parzystokopytnych, mimo świadomości jaką miałam już wcześniej, byłam zaskoczona tym widokiem. Niesłychane... Bawoły, tutaj, zimą... ale prawdą jest, iż zwierząt tych jest tu tak wiele, że trawa nie została nawet pokryta śniegiem. Przebywają tu dosyć długo.
- To który jest twoim wybrankiem? - spytałam Mavi. Po chwili wskazała na sporej wielkości byka, rannego jednak w nogę. Stał lekko na uboczu, z drugiej strony stada.
Zaczęło się polowanie. Smoczyca zaczęła skradac się ku zdobyczy z drugiej strony, a ja postanowiłam ułatwic jej nieco zadanie odwracając uwagę stada... bo w końcu kto bałby się zwyczajnej klaczy? Wyłoniłam się zza wzgórza i zawołałam.
- Siemacie! - uśmiechnęłam się do bawołów, które skierowały ku mnie swoje zdziwione spojrzenia. - wiecie może jak stąd można dojść do altanki Shu i Shan? Bo widzicie... nieco się zgubiłam przez ten śnieg... - zaczęłam. - oczywiście się nie obrażę jeśli nie wiecie... ale miłoby było, gdybyście powiedzieli jak tam dojść. To dla mnie bardzo, ale to bardzo ważne. Mam mało czasu... właściwie to prawie go nie mam... ale chwilę jeszcze chyba znajdę na spytanie się was... - nadawałam tak szybko, że nawet sama siebie dziwiłam, ale co chwile do moich ust wpadało kolejne słowo, które prędko się ze mnie wydobywało. Mavi prawie skończyła skradać się do rannego bawoła. - chcę jeszcze was przeprosić za najście... ale to jest naprawdę dla mnie ważne, abym dotarła pod ta altankę jak najszybciej, bo czeka tam na mnie mój ukochany, umówiłam się tam z nim i pewnie już na mnie czeka, a ja się zgubiłam i nie wiem jak do niego dojść... no nie... a jeśli pomyśli, że specjalnie nie przyszłam? Proszę! Pomóżcie mi! To jest sprawa niezwykłej wagi... życia i śmierci... chyba umrę, jeśli Delsin sobie pomyśli, że nie chcę go już znać... umrę, rozumiecie!? - przerwałam na moment. Z mojego oka wydobyła się łza. Prawdziwa... Delsin, znów go wspomniałam, choć nieświadomie... na szczęście w porę się pozbierałam. - to jak... pomożecie znaleźć mi drogę do tej altanki? - bawoły spojrzały po sobie.
- Powtórzyłabyś jeszcze raz? Altanki Sachu i Solu? - zawołał jeden z nich, nie zdążyłam jednak odpowiedzieć gdyż Mavi doszła już na miejsce.
- Teraz! - krzyknęłyśmy jednocześnie i w mgnieniu oka zbiegłam na sam dół raniąc przy tym kilka bawołów, smoczyca z kolei zabiła nasz wspólny cel. Teraz trzeba było już tylko sprawić by pozostałe bawoły nas zostawiły, co niestety nie jest takie proste do wykonania. Nie było ich co prawda zbyt wielu, bo jedynie ośmiu nie licząc martwego, ale wystarczyłby zapewne jeden do pokonania mnie... ile bawołów musi być do zabicia Mavi - pewna nie jestem. W każdym razie, smczyca wyraźnie nie miała zamiaru rozmyślać nad naszymi szansami. Bez chwili namysłu rzuciła się do boju i na samym wejściu swoim ogniem odstraszyła kilka z bawołów, pozostałe, gdy zobaczyły, że nie maja szans - i tak uciekły. Przystąpiłyśmy więc do jedzenia.
Ja najadłam się już po kilku kęsach - bawole mięso jest bardzo sycące, zaś Mavi... ona pożarła całego, zostawiła jedynie kości. Nagle wydarzyło się coś dziwnego. Smoczyca błyskawicznie wstała i zaczęła uciekać, a po chwili wzniosła się w powietrze i prędko zniknęła mi z pola widzenia. Ruszyłam z nią i rozglądałam się w poszukiwaniu Niebieskiej aż do wieczora, lecz nie zdołałam jej odnaleźć. Wciąż nie wiem czemu zniknęła, lecz musiała mieć jakiś powód... tylko jeszcze nie wiem jaki.
Zrezygnowana przemieniłam się w potwora, a rano obudziłam się w samym środku kręgu z martwych bawołów, które wcześniej wraz z towarzyszką zmusiłyśmy do ucieczki.

Kolejny poranek, niedawno zaczęła się wiosna... a Mavi wciąż nie wróciła. W zasadzie to juz straciłam nadzieje an to, że wróci kiedykolwiek... po prostu odeszła i nigdy jej już nie zobaczę. Światło jakie zasiała w moim sercu w dniu, w którym znalazłam jej jajo porzucone w jaskini ukrytej głęboko po ziemią - zgasło, zapewne na dobre... chyba, że zdarzyłby się cud. Ale się nie wydarzy.
Wyszłam z jaskini i ruszyłam przed siebie, bez celu... tak po prostu. Nie mam innego zajęcia. Od dawna juz nikt w stadzie nie zachorował więc też nikt nie trafił do mnie na leczenie. Tak więc moim jedynym obecnym zajęciem jest mordowanie bezbronnych królików i innych stworzeń oraz bezsensowne spacery po terenach stada - nic, co kogokolwiek by zainteresowało. Do tego jedynym powodem dla którego inni mnie odwiedzają są choroby i rany. Więc, skoro nikt nie choruje - ja nie mam gości. 
A jednak tu jestem... zostałam, choć właściwie nikt się mną nie zajmuje, nikogo nie obchodzi czy dobrze się czuję, czy się nie nudzę, czy nie jestem samotna. Bo po co ktoś miałby się przejmować kimś takim jak ja? No właśnie... nie ma powodów.
W pewnej chwili jednak poczułam coś dziwnego. W moim sercu zaczęło robić się cieplej, a nade mną pojawił się cień. Na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
~"Czyli cudy jednak się zdarzają..." ~ pomyślałam i spojrzałam się w stronę smoczycy, która właśnie wylądowała przede mną i uśmiechnęła się do mnie.


- Mavi! - podbiegłam do swej towarzyszki i przytuliłam ją najlepiej jak potrafiłam. Ona jednak jedynie jęknęła z bólu. - co ci jest? - spytałam odsuwając się od niej. Nie opowiedziała, a zamiast tego upadła bezsilnie na ziemię obnażając przede mną paskudną wysypkę, którą miała na brzuchu oraz wielką wypaloną ranę pod skrzydłem. Od razu wiedziałam co to jest, jednak wiedza ta wcale nie poprawiła mi się humor... wręcz przeciwnie. Mavi jest chora na śmiertelnie groźną i niezwykle trudną do wyleczenia chorobę, a do tego - bardzo zaraźliwą, na szczęście niegroźną dla koni. Wiedziałam co muszę zrobić - jak najprędzej znaleźć lekarstwo bo inaczej Mavi nie przeżyje zbyt długo... pojawił się niestety jeszcze jeden problem. Ona nie może leżeć tak tutaj, w samym środku lasu. Trzeba ja przenieś do mojej jaskini, ale do tego potrzebne są inne smoki, których nie mamy wiele. Dodatkowo jest wielkie ryzyko, że inne też zachorują, ale gdybym zdobyła lekarstwo na czas... podejmę ryzyko. Muszę ją uratować, choćbym sama miała zginąć.
- Trzymaj się, zaraz wrócę. - powiedziałam i rzuciłam się pędem do jaskini należącej do Foxtrotta. Jego smok jest największym wśród wszystkich w stadzie choć nie wygląda i nie jest zbyt przyjazny, na rozkaz Fox'a pomoże.
- Fox! Jesteś? - zawołałam, a po paru sekundach z cienia wyłonił się owy gniadosz.
- Tak? - spytał
- Potrzebuję Kukulkana. - oznajmiłam na co ogier zrobił doprawdy zaskoczoną minę, ale w zasadzie... ja też pewnie dziwiłabym się gdyby ktoś powiedział tak o Mavi.
- Mavi jest chora, trzeba ja przenieś w bezpieczne miejsce... proszę. - Musiałam chwile przekonywać Fox'a do pomocy mi i smoczycy, jednak w efekcie końcowym uzyskałam pomoc smoka chaosu. Pozostało już tylko zaprowadzić go do Mavi, co na całe szczęście nie zajęło wiele czasu, większy problem sprawiło zmuszenie Kukulkana do pomocy ale i tego w końcu zdołałam dokonać. Po około połowie z godziny moja smoczyca leżała już bezpiecznie w mojej jaskini, a ja mogłam spokojnie rozmyślać co zrobić... to znaczy, myśleć nad planem leczenia bo nie ulega wątpliwości iż choroba prędko rozniesie się na pozostałe smoki nawet, jeśli nie będą miały bezpośredniego kontaktu z choroba - przenosi się ona poprzez powietrze i niełatwo jej niknąc.
Zaczęłam zaglądać w najciemniejsze rejony mojej pamięci by wygrzebać z niej wszystko o owej chorobie... wysypka... rany jak od poparzeń... po pewnym czasie ślepota, na szczęście czasowa, i straszny ból... lekarstwo... jad Hermortaja. Nie będzie łatwo go zdobyć ale podejmie się temu zadaniu.


Zawiesiłam sobie na szyję sakiewkę do której włożyłam tylko niezbędne przedmioty, czyli słoik na jad i jeszcze jeden, zapasowy słoik w razie, gdyby tamten uległ zniszczeniu.
Wybiegłam z jaskini i ruszyłam do grot Hagastove, w których to znajduje się legowisko stworzenia, którego jad jest mi niezbędny do stworzenia lekarstwa dla smoków.


Ku mojemu zdziwieniu wkroczyłam do jaskini bez wahania, jakby to było dla mnie codziennością - wkraczanie na teren iście niebezpiecznego potwora, który może mnie zabić jednym ugryzieniem. Na szczęście, Hermontaj w ciągu dnia śpi więc to nie problem podkraść się do niego, jednak aby wziąć od niego jad, musi być przytomny... i tu pojawia się problem. Podeszłam po cichu do śpiącego stworzenia i przyłożyłam mu do rogu jeden ze słoików.

Od razu po tym odsunęłam się i zaczęłam hałasować. Hermontaj od razu się obudził i wściekł faktem iż został tak bezczelnie przebudzony ze snu. Zaskoczył się jednak, gdy stracił władze nad swoim ciałem za sprawą mojej mocy. Podeszłam ostrożnie do potwora i zdjęłam z jego rogu napełniony już po brzegi słoik. Czym prędzej wróciłam do swojej jaskini i po jakiejś godzinie lekarstwo było już gotowe. Podałam je Mavi i pozostałym smokom gdyż moje przeczucia się sprawdziły - wszystkich smoki w stadzie zachorowały, ale po paru godzinach od podania im leku zaczęły zdrowieć.
Następnego dnia ktoś mnie odwiedził...

Ktosiu? >

Zaliczone!
Nagrody w sklepie + 1 Pochwała
Ale poprawiać twoje błędy ort. to katorga XD

sobota, 31 stycznia 2015

Od Anguy- Dorastanie Mavi i nowa moc

Znów poranek... a ja? Na drugim końcu terenów stada, budzę się w jakiejś przewie skalnej. Rozglądam sie w poszukiwaniu jakiegos wyjścia na zewnątrz, łagodniejszego stoku po którym byłabym w stanie sie wspiąc, lecz nigdzie takiego nie widzę. Nie słyszę ani nie widzę w pobliżu żadnej istoty której mogłabym sie pordzic... nie licze oczywiście tej grupki martwych, zasztywniałych już, ptaków obok których stoję.
Ponownie zaczęłam się rozglądac przy czym pojawiało się we mnie coraz więcej złości i jednocześnie z nią - strachu. Strachu przed tym, że sie stąd nie wydostanę i złości na klątwę oraz na tych, którzy mnie na nią skazali. Pragnienie zemsty, które jest ze mna od tametj nocy, od nocy śmierci mojej pierwszyej miłości. Gdy nagle usłyszałam pewien znajomy mi ryk, po którym nade mną pojawiła się znajoma postac.
- Mavi! - krzyknęłam radośnie. Smoczyca była zdecydowanie większa niż wtedy gdy widziałam ją ostatnio...

smoki rosną niewiarygodnie szybko. - pomóż mi... - samica spojrzała się na mnie po czym paroma zgrabnymi ruchami zsunęła sie niżej by złapac mnie w swoje szpony i wyleciec ze mna na powierzchnie. Zajęło jej to krutką chwilę, lecz po niej stałam już bezpiecznie na ziemii
- Dzięki. - spojrzałam się na ogromną smoczycę, która wylądowała tuz przede mną. Przerosła mnie juz dwukrotnie, a mi pozostaje tylko zastanawiac się - jak wielka będzie gdy osiągnie swoje pełne rozmiary.
- Pokażę ci coś! - zawołała nagle i pobiegła w cień ogromnego cienia rosnącego w pobliżu nas po czym... zaczęła sprawiac, że cień zniknął. Tam, gdzie chwile temu znajdował się cień drzewa - teraz było światło, choc nie słoneczne, a stworzone przez Mavi. Następnie, smoczyca sprawiła, że cień znów się pojawił, a z tamtego światła stworzyła świetlny kwiat, który, ku mojemu zdziwieniu - byłam w stanie zerwac i trzymać w pysku.

czwartek, 15 stycznia 2015

Od Agnuy - dorastanie Mavi

 http://wiki.nightwood.net/images/5/51/%C5%9Awiat%C5%82o_-_Wariant_18_-_Stadium_2.png
Wreszcie nadszedł ten dzień... gdy wróciłam do jaskini po całkiem udanym polowaniu na nornicę pierwszą rzeczą, jaka dostrzegłam była kolejna rysa na smoczym jaju, które znalazłam parę dni temu w opuszczonej jaskini. Tym razem owa rysa była większa, bardziej widoczna od pozostałych, zatem bezzwłocznie usiadłam przy jaju i wpatryałam się w nie pez chwili odpoczynku. Patrzyłam sie na nie aż do chwili, w której lekko sie zachwiało(a może tylko to sobie wmówiłam?), czego moją reakcją było przysunięcie się do niego jeszcze bardziej, by nie spadło i jednocześnie bym ja mogła wszystko widziec - bo w końcu nie często zdarza się okazja zobaczyc wykluwanie się smoka.
Nic poza owym krótkim zatrzęsienie nie działo się przez kolejną godzinę... powoli zaczynałam tracic nadzieję, bo w końcu, gdyby smom chciał, już dawno wyszedłby z tej skorupki.
Zrezygnowana wstałam i zaczęłam pałaszowac w końcu zdobyta nornicę, która, choc niewielka, starczyła by zaspokoic mój niewielki głód. Ponownie spojrzałam się na nieruchome jajo wciąż emanujące błękitno-różowym światłem i położyłam się pod ścianą swojej jaskini. Dnia mam jeszcze sporo, a skoro nikt nie przyszedł do mnie to czemu nie miałabym się zdrzemnąc? W nocy znowu zostanę podświadoie zmuszona do wędrowania...

Obudziło mnie dziwne uczucie, nie podobne do przemiany... coś zimnego po mnie biegało. Co prawda, uczucie to wcale nie było aż tak nieprzyjemne, ale stworzenie to miało strasznie ostre pazurki. Tak więc zerwałam sie gwałtownie na równe nogi, słysząc upadek owego stworzenia.
- Ej... no... - zawołał... mały smoczek, otrzepujący się z piachu, którego pełno na "podłodze" jaskini. Z tego, co zauwarzyłam - nie był to samczyk, a samiczka. Cudownie, mała Mavi. Usmiechnęłam się do niewielkiej smoczycy, która wcześniej wydawała się niewielka. Teraz widzę, że dosięga mi do kolan, tak więc nie jest taka malutka... choc podejżewam, że urośnie jeszcze większa.
- Hej, kochana... - zaczełam.
- Hm... ?
- Wiesz kim jestem? - spytałam ciekawa odpowiedzi.
- Pewnie - uśmiechnęła się. - mamą... - nie zdziwiła mnie ta wypowiedź, słyszałam już wcześniej, że smoki zaraz po wykluciu za matke biora pierwsze zobacozne stworzenie, teza się potwierdziła, a ja mam pierwsze przybrane "dziecko".

środa, 14 stycznia 2015

Od Agnuy - wyklucie się smoka

Wreszcie nadszedł ten dzień... gdy wróciłam do jaskini po całkiem udanym polowaniu na nornicę pierwszą rzeczą, jaka dostrzegłam była kolejna rysa na smoczym jaju, które znalazłam parę dni temu w opuszczonej jaskini. Tym razem owa rysa była większa, bardziej widoczna od pozostałych, zatem bezzwłocznie usiadłam przy jaju i wpatryałam się w nie pez chwili odpoczynku. Patrzyłam sie na nie aż do chwili, w której lekko sie zachwiało(a może tylko to sobie wmówiłam?), czego moją reakcją było przysunięcie się do niego jeszcze bardziej, by nie spadło i jednocześnie bym ja mogła wszystko widziec - bo w końcu nie często zdarza się okazja zobaczyc wykluwanie się smoka.
Nic poza owym krótkim zatrzęsienie nie działo się przez kolejną godzinę... powoli zaczynałam tracic nadzieję, bo w końcu, gdyby smom chciał, już dawno wyszedłby z tej skorupki.
Zrezygnowana wstałam i zaczęłam pałaszowac w końcu zdobyta nornicę, która, choc niewielka, starczyła by zaspokoic mój niewielki głód. Ponownie spojrzałam się na nieruchome jajo wciąż emanujące błękitno-różowym światłem i położyłam się pod ścianą swojej jaskini. Dnia mam jeszcze sporo, a skoro nikt nie przyszedł do mnie to czemu nie miałabym się zdrzemnąc? W nocy znowu zostanę podświadoie zmuszona do wędrowania...

Obudziło mnie dziwne uczucie, nie podobne do przemiany... coś zimnego po mnie biegało. Co prawda, uczucie to wcale nie było aż tak nieprzyjemne, ale stworzenie to miało strasznie ostre pazurki. Tak więc zerwałam sie gwałtownie na równe nogi, słysząc upadek owego stworzenia.
- Ej... no... - zawołał... mały smoczek, otrzepujący się z piachu, którego pełno na "podłodze" jaskini. Z tego, co zauwarzyłam - nie był to samczyk, a samiczka. Cudownie, mała Mavi. Usmiechnęłam się do niewielkiej smoczycy, która wcześniej wydawała się niewielka. Teraz widzę, że dosięga mi do kolan, tak więc nie jest taka malutka... choc podejżewam, że urośnie jeszcze większa.
- Hej, kochana... - zaczełam.
- Hm... ?
- Wiesz kim jestem? - spytałam ciekawa odpowiedzi.
- Pewnie - uśmiechnęła się. - mamą... - nie zdziwiła mnie ta wypowiedź, słyszałam już wcześniej, że smoki zaraz po wykluciu za matke biora pierwsze zobacozne stworzenie, teza się potwierdziła, a ja mam pierwsze przybrane "dziecko".

niedziela, 11 stycznia 2015

Od Anguy CD. Margaux

W pewnym momencie Margaux zostawiła mnie samą z... jak on miał?... Rixatusem. Ogier ten był ode mnie nieco wyższy, a jego maśc była, o ile sie nie mylę, ciemnogniada, a może tylko gniada? Zawsze mi się myliły te wszystkie gniadowate maści. Miał też biała chrapke na nosie oraz po czarnej skarpetce na każdej z nóg. W oczy rzucały sie również czarne znaczenia pod jego oczyma, na szyi i grzbiecie.
Gdy klacz zostawiła nas samych, ogieraz zaproponował, ż eoprowadzi mnie po terenach. NIe miałam żadnego powodu by sie sprzeciwic, więc zgodziłam się. Najpierw zaprowadził mnie na brzeg oceanu nieba i ziemii, mówił, że jest w nim słodka woda co jest nietypowe dla oceanów, od razu dostrzegłam skąd wzięła się jego nazwa - granica wody na horyzoncie oraz niaba się ze soba zlewały tworząc jednolitą całośc, praktycznie nie dało się wyznaczyc wyraźnej graicy między nimi. Kolejnym miejscem na jakie się udaliśmy było miasto Bassalt. Rixatus oznajmił mi iz jego mieszkańc potrafią się z nami porozumiewac dzieki czemu możemy zaopatrywac sie w jedzenie zimą. Mi to się raczej nie przyda ale dobrze jest wiedziec... Jako trzecie zwiedziliśmy ruiny, które żekomo przed laty było niezdobytą fortecą ludzi, lecz zostało opuszczone przez ludzi. Następnie udaliśmy się nad jezioro Amora, jednak nie spędziliśmy tam wiele czasu z racji iż nie było co o nim opowiadac... później trafiliśmy nad wodospad i gorące źródła, czyli jedyne miejsce bez śniegu na terenach stada, po krótkiej kąpieli ruszyliśmy dalej, do groty Wii, w której nie zabawiliśmy długo i poszliśmy do jaskini szamana. Zastaliśmy w niej, rzecz jasna, stadna szamankę - Freyę - która akurat odprawiała jakis dziwny rytuał... wolałam jej w tym nie przeszczadzac nazbyt długo ponieważ koń któr był jego "ofiarą" wyraźnie sie męczył. Poprosiłam więc ogiera by zaprowadził mnie w kolejne miejsce - Cmentarz, czyli sanktuarium nierozwikłanej tajemnicy napisów wyrytych na nagrobkach.
Ponieważ powiedziałam Rixatusowi, że byłam już na Urwisku, pod drzewem życzeń i zwiedziłam pustnię, a wolał mnie nie zaprowadzac na Rumowisko, swoja podróż zakończliśmy w lesie kaskady.


<Rixatusie?>

NIe mam czasu niestety na poprawki błędów... sorki.
PS. Margonaux postanowiła zakończyc ten wątek, jadnak ja uznałam iz jest zbyt ciekawy by go ukończyc. Kontynuują z Rixatusem jako, że został juz wpleciony w opko Margaux i przelotem w moje poprzednie.

Od Anguy-Kartka Z Pamiętnika

Drzewo życzeń, 11 stycznia 2015r.

Kochany pamiętniku...

Dziś przeżyłam kolejny dzień, jak każde inne żyjące na tym okrutnym świecie, stworzenie. Oczywiście dla niekturch ten dzień był ostatnim... dla takich jak na przykład pechowego królika, którego byłam zmuszona zabić dziś z głodu, czy też biednego ślimaka, którego przypadkiem zdeptałam tego dnia spacerując po lesie. Zdaje się nawet, że kawałek jego skorupki wciąż tkwi mi w kopycie... tego dnia nie wydarzyło się może zbyt wiele ciekawych wydarzeń, ale jestem z niego bardzo zadowolona. Między innymi dlatego, że poznałam dziś pewnego bardzo miłego ogiera, nie mówię tu oczywiście o miłości... skądże! Wątpię nawet bym była już gotowa na kolejny związek, ale sądzę iż jest całkiem spora szansa na to, że zaprzyjaźnię się z tym ogierem. Ma na imię Hristopher, całkiem ładne imię. 
Ten dzień był moim zdaniem udany również jeszcze z jednego powodu, a mianowicie - na jaju mojej smoczej znajdy, Mavi, pojawiło się pierwsze pęknięcie. Może to niewiele, ale dla mnie jest to bardzo istotny szczegół. Mam nadzieję iz wkrótce się wykluje...
Co by tu jeszcze ci opowiedzieć? A, tak! Poznałam dzisiaj partnera Margaux, bardzo miły facet. On, podobnie jak ona, jest pegazem i nosi imię Horizon. Pałają do siebie na prawdę szczerym uczuciem, niezwykle miło się na nich patrzy. Co prawda przypominają mi mnie i Delsina, ale szczęście jakie odczuwałam obserwując przeważa nad stratą ukochanego...

Opowiedziałabym ci może nieco więcej szczegółów o tym, z pozoru nudnym, a jednak w miarę ciekawym, dniu, jednak jakoś nie mogę sobie przypomnieć co jeszcze się w nim wydarzyło... a poza tym, zblIża się wieczór.

Gratulacje!
Otrzymujesz wstęp na Brylantową Galę! Ember chyba się zgodzi.. ;) 

Od Anguy CD Margaux

I tak zapewne nie spędzę ani jednej nocy w tej, jakże obszernej i całkiem ładnie wystrojonej, jaskini ze względu na swoją... przpadłość, jednak mimo tego podziękowałam klaczy za darowanie mi miejsca do spania.
- Nie ma sprawy. - powiedziała z uśmiechem. - oprowadzić cie po terenach? - spytała. Już miałam się zgodzić, gdy zorientowałam się iż zbliża się wieczór.
- O nie... - szepnęłam mimowoli.
- Co "o nie"? - zdziwiła się klacz. - spytałam się tylko cz cie oprowadzić... -zaśmiała się lecz zobaczyła zapewne moją, jak sądzę, przerażoną minę. - coś za mną stoi? - spojrzała się nerwowo za siebie.
- Nie... po prostu, musisz już iśc. - powiedziałam i podeszłam szybko do wyjścia by pożegnać Margaux, ta jednak nie wykazywała chęci opuszczenia jaskini. - czemu nie idziesz?
- A mam?
- No... nie mogę cię do niczego zmusić ale... lepiej będzie jeśli już pójdziesz. - spojrzałam na zachodzące powoli słońce. - możesz wrócić rano, ale teraz idź. - spojrzała się na mnie dziwnie.
- A co, zmienisz się w potwora? - zaśmiała się, a ja odwzajemniłam go najlepiej jak mogłam... choć nie było mi do śmiechu. Klacz, widząc to, przestała się śmiać i trochę spoważniała. - dobra... na razie. Wrócę jutro cie oprowadzić, ok?
- Jasne. - rzuciłam po czym Margaux spokojnie wyszła. Z każdym jej krokiem powolnym krokiem czułam jak coraz szybciej bije mi serce. Gdy tylko na dobre straciłam ją z oczu, pobiegłam w głąb jaskini. W samą porę zdążyłam...

Do samego rana biegałam do połow świadoma swoich czynów... jak zawsze. Pełną przytomność odzyskałam podczas pałaszowania upolowanego chwilę temu jelenia. Gdy tylko się najadłam, wróciłam do niewiele oddalonej ode mnie jaskini - mojego "domu". Chwile później przybyła do niej Margaux z jakim ogierem.
- Hej, Margaux... kto to?

<Margaux?>

Od Anguy - zdobycie smoka

Jako, że dzisiejszy poranek zapowiada wspaniały dzień, jak na zimowy, postanowiłam, że udam się na krótka przechadzkę po lesie... powiedzmy, że do urwiska. Czuć było chłodny wiatr smagający delikatnie moją twarz i wprawiający w niewielki ruch moja grzywę wraz z ogonem, bardzo miłe uczucie niwelujące nieprzyjemne stąpanie po lodowatym śniegu powodującym pieczenie. Starałam się stąpać po miejscach bardziej zalesionych by na ziemi leżało jak najmniej białego puchu, w końcu dotarłam jednak do jakiejś skały. Nie było to urwisko, nie znałam tego miejsce... najwyraźniej zboczyłam z drogi co nie jest na tę chwil zbyt trudne - wszystkie ścieżki są zasypane gruba warstwa śniegu przez co każdy jest zmuszony chodzić na ślepo jako, że śnieg maskuje również zapachy.
Skała przed którą trafiłam mnie zaciekawiła, jej kształt był wyjątkowy, kamień z którego powstała - gładka, a na jej powierzchni były wyryte przeróżne znaki, których nigdy wcześniej nie widziałam. Nie były to run ani symbole w żadnym innym znanym mi języku...
Obeszłam skałę dookoła, aż w końcu - po drugiej jej stronie - zobaczyłam dziurę, w której bez problemu się zmieściłam, a nawet miałam sporo luzu. Wkroczyłam do długiego tunelu, w którym jedynym źródłem światła była dziura wejściowa. Zaczęłam kroczyć ostrożnie przed siebie, a każdy mój krok wywoływał falę kolejnych kilku stuknięć echa. Korytarz nie był nazbyt szeroki, ale pomieściłyby się w nim około trzy podobne do mnie konie, szłam wzdłuż niego dość długo, do momentu w którym światło z zewnątrz przestało oświetlać mi drogę. Nie docierało już tak daleko, jak byłam.
Korytarz zaczął stopniowo się poszerzać, lecz nagle gwałtownie zwęził się na tyle, że ledwo przeszłam dalej - do ogromnego pomieszczenia, w którego centrum leżała jakaś sporej wielkości, świecąca na błękitno, lekko owalna kula. Podeszłam bliżej niej i przyjrzałam się uważnie... było to smocze jajo ułożone na postumencie z wyrytymi podobnymi znakami jakie były przy wejściu do jaskini. Rozejrzałam się dookoła.
Pod jedną ze ścian obszernego pomieszczenia dostrzegłam ciało... martwego smoka.
- To pewnie matka... - powiedziałam wciąż zaskoczona i objęta strachem. Znów skierowałam wzrok na jajo.
~"Maluch sobie nie poradzi..." - pomyślałam. Zaczęłam trochę współczuć smoczkowi, który wykluje się tu. ~ "Sam, pozbawiony matki i jedzenia, zginie w kilka dni." - postanowiłam wziąć go ze sobą. Delikatnie podniosłam jajo z postumentu pomiędzy zęby i z równa delikatnością zaczęłam iść z nim ku wyjściu z jaskini.
Z niemałym trudem przedostałam się przez wąskie przejście, reszta korytarza nie sprawiła mi wielu problemów. Bardzo ucieszyłam się na widok słońca i gdy tylko wyszłam, udałam się w jedyne ciepłe miejsce na terenach stada - do gorących źródeł.

Zaliczone!
Witamy nowego smoka c;

Od Anguy- Quest "Runy"

Ustałam przy jednym z domów w Bassalcie, mam w planach przespać dziś wyjątkowo całą noc, by nie chodzić w nocy w swojej złej postaci. Niestety, jak zwykle plan się nie powiódł... nigdy nie mogę zasnąć wieczorem przez świadomość bólu jaki za chwile mnie czeka. Nie czekałam na niego tez długo. Gdy tylko słońce schowało się za horyzontem, ja w bólu, do którego dawno się już przyzwyczaiłam, zmieniłam się.

Obudziłam się w jakiejś dziwnej grocie, nie pamiętałam nic z przemiany, jak się tu dostałam, co robiłam, gdzie jeszcze byłam... w głowie miałam zupełna pustkę, czyli to samo co było w grocie - nic. Zaczęłam szukać wyjścia, jednak tego zabrakło. Starałam się chodzić przy ścianie ponieważ nic, zupełnie nic nie wiedziałam. Panującą tu cisze przerywały jedynie odgłosy spadających co parę sekund krople wody uderzające o twarde podłoże, a odgłosy te były roznoszone echem po całej jaskini. Czułam się jakbym była niewidoma, co chwile potykałam się o coś bądź wpadałam na nagle wyrastające przede mną ściany.
W pewnej chwili w oddali pojawiła się niewielka, świecąca kropka. W nadziei iż jest to wyjście, udałam się w jej stronę, jednak okazała się być jedynie czymś, czego nazwać nie potrafię. Gdy spróbowałam dotknąć "to", zniknęła, a zamiast niego cała jaskinie rozświetliły tysiące podobnych stworzonek, czemu towarzyszył charakterystyczny syk owadów - świetliki. Cała grota wypełniła się światłem dzięki czemu mogłam w końcu zobaczyć gdzie jestem.
Jedna ze ścian szczególnie zwróciła moja uwagę, był na niej pewien znak, ktuego wcześniej nie widziałam, a mimo tego - potrafiłam go przeczytać.

- Ehwaz, Geofu i Jara. - gdy to powiedziałam, stało się coś dziwnego. Wszystkie obecne tu owady zniknęły, lecz mimo tego jaskinia wciąż była wypełniona światłem... to ja byłam jego źródłem, a moje ciało pokryło się dziesiątkami kopii symbolu widniejącego na ścianie. Za to za mną nagle pojawiło się wyjście z groty. Bez chwili zwłoki skierowałam się w jego kierunku i gdy tylko przekroczyłam granicę jaskini ze światem zewnętrznym - pobiegłam do jaskini w której Freya odprawia swoje szamańskie rytuały. Wparowałam do jej jakbym się paliła.
- Freya! Pomóż... proszę... spójrz... - pokazałam jej znaki. - byłam... w jaskini i... potem... te ściany i... znak no i jakoś... tak... i świetliki, a później jeszcze to i... wyjście... - po potrafiłam się wysłowić na tyle jasno by mnie zrozumiała. Klacz przyglądała się mi zdziwiona.
- Anguo... to przecież tylko runy. - powiedziała. - mogłaś nie czytać ich na głos, znikną za kilka godzin, nie martw się. Na naszych terenach jest wiele takich ukrytych jaskiń...
- Ale...
- Nie ma żadnego ale, trzeba było nie wchodzić do zaklętej jaskini. - przerwała mi. - te znaki to żniwa, koń i dar. Sama się zastanów czemu grota pokazała się akurat tobie, i czemu do niej weszłaś. A teraz wyjdź bo mam inne zajęcia... jak chcesz, przyjdź później. - cóż mam powiedzieć. Byłam przerażona tymi znakami, które tak nagle pojawiły się na moim ciele, a ona po prostu mnie zbyła. Nie mniej jednak, wyjaśniła mi co się stało...
Pozostaje tylko czekać, aż znaki się zmyją.


Zaliczone:
Nagrody w sklepie! c;

Od Agnuy - Quest "Pogoń za źrebakami"

Z samego rana, gdy tylko obudził mnie promień, słabego jak na słoneczne, światła, przedarło się przez korony drzew leśnych padając prosto na moje oczy. Zaczęłam przypominać sobie co robiłam w nocy... pierwsze, co wygrzebałam z pamięci było polowanie na sarnę, później przypomniałam sobie o piciu morze, lecz nic więcej nie byłam w stanie sobie przypomnieć. A szkoda bo byłam ciekawa kiedy tu zasnęłam...
Zrobiłam krok, a pode mną usłyszałam charakterystyczny skrzek.
~"Ano tak... śnieg" - w końcu jest zima, a jej atrybutem jest biały, puszysty śnieg, który potrafi dotrzeć nawet na leśną ściółkę. Mimo iż z pewnością jest go tu mniej niż poza lasem, moje nogi przy każdym kolejnym kroku zapadały się o paręnaście centymetrów. Ruszyłam w kierunku łąki.
~"Może kogoś tam spotkam."
Nie myliłam się, na łące była nieznana mi klacz opiekująca się nad piątką swoich młodych. Maluchy były bardzo podobne do matki. Oba bułane, z bujnymi jak na źrebaki grzywami i ogonami, każdy z nich miał na prawej przedniej nodze białą skarpetkę do kopyta oraz "strzałkę" na głowie. Ciągle tylko biegały i się śmiały.
- Witaj. - powiedziałam, klacz była ode mnie wyraźnie starsza co najmniej o jakieś dwa lata.
- Witaj, jak się nazywasz? - spytała niezwykle przyjaznym i spokojnym tonem.
- Angua. - oznajmiłam. - a pani?
- Czemu od razu tak oficjalnie? - zdziwiła się - Pandora.
- Hm... nie słyszałam tu jeszcze o Pandorze, należysz do HH?
- Nie. Ja, my tu tylno na parę dni, a potem powędrujemy dalej. Nie martw się... ale mam jedną prośbę, jeśli mogłabyś zrobić coś dla mnie.
- Tak?
- Mogłabyś zając się na moment Loren, Harvey'em, Corvem, Alicją i Florą? - spytała. Spojrzałam się na brykające maluchy, poza tym, że bez ustanku skakały po całej łące, nie wyglądało na to by miały sprawić mi jakiś problem. W końcu to tylko źrebaki, a zając się nimi mam przez chwilę.
- Pewnie. - odrzekłam klaczy.
- Dziękuję... wrócę za jakieś pół godziny, dasz radę.?
- Jasne. - oznajmiłam po czym klacz zadowolona odeszła z łąki zostawiając mnie samą ze swoimi dziećmi.
- To... zostaliśmy sami, co? - zwróciłam się do źrebaków, musiałam je jakoś zagadać.
- Yhm. - powiedziały hurem i wróciły do zabawy. Zaczęłam kopać w śniegu w poszukiwaniu trwały... co prawda, ja nie żywię się roślinami, ale źrebaki były całkiem grzeczne jak na dzieci więc nie było potrzeby patrzeć na nie bez ustanku. Niestety nie znalazłam nic ciekawego pod śniegiem więc skierowałam wzrok z powrotem na maluchy. Zaskoczyło mnie jednak to, co zobaczyłam, a właściwie - nie zobaczyłam.
Młodzików nie było na łące, zniknęły i nie było ich nigdzie słychać... stałam tak zaskoczona przez chwilę ale w końcu się opamiętałam.
~"Uciekły..." - myślałam.
- Musze je znaleźć! - zawołałam na głos po czym ruszyłam się biegiem na poszukiwania. Przynajmniej zapamiętałam ich imiona...
- Corvo!... Loren!... Flora!... - nawoływałam chodząc od drzewa do drzewa. Za żadnym ich nie było, nie słyszałam nawet szmeru, który mógłby wydać jeden z maluchów. - Harvey!... Alicja!... gdzie jesteście!? - po dziesięciu minutach poszukiwań zaczęłam powoli panikować... nie mogłam ich znaleźć.
Kolejne dziesięć minut poszukiwań - nie zdołałam ich znaleźć.
~"Będę musiała o tym powiedzieć Pandorze." - pomyślałam i zrezygnowana ruszyłam z powrotem na łąkę. Całą drogę rozmyślałam nad tym, jak przekażę to matce.
"Pandoro... nie mam dla ciebie dobrych wieści... twoje źrebaki gdzieś zniknęły", "Zgubiłam twoje młode", "Twoje dzieci uciekły". Nic nie było odpowiednie.
Na szczęście, gdy wkroczyłam na łąkę mój smutek spowodowany zgubieniem młodych Pandory, zniknął. Cała piątka radośnie bawiła się na środku polany.
- Gdzie wyście byli?! - spytałam.
- Bawiliśmy się w chowanego. - oznajmił jeden z chłopców.
- Ale mogliście mi o tym powiedzieć!
- Wtedy nie byłoby takiej zabawy - wszystkie zaczęły się śmiać, a ja... nie mogłam gniewać się na te dzieciaki, mimo iż uciekły mi bez słowa, polubiłam je. Po chwili ich matka wróciła.
- I jak? - spytała.
- Świetnie... grzecznie się bawiły. - powiedziałam z uśmiechem na twarzy.

Zaliczone! 
Nagrody w sklepie c; Piękne!