Urodziłem się na farmie w północnej części Telrainu. Wychowywała mnie
matka, ojca nie znałem. Matka ni w ząb nie chciała mi powiedzieć co jest
z moim ojcem. Pracowałem z Kirke (tak nazywała się moja matka) na
farmie. Gdy osiągnąłem dwa lata chciałem wyruszyć w podrôż. Oczywiście,
aby znaleźć ojca. Moja matka nie chciała mnie póścić. Lecz ja byłem
uparty i wyruszyłem w podróż. Nie odzieciczyłem skrzydeł po rodzicach.
Podczas podróży zaatakowało mnie liczne stado wilków. Mocno ucierpiałem.
Zabrał mnie do swojej jaskini, jakiś mag, czarodziej. Uzdrowił mnie,
lecz lekarstwo które mi podał miało dwa pozytywne ( przynajmniej dla
mnie) skutki. Wyrosły mi skrzydła, które w każdej chwili mogłem
przeobrazić w róg. I ciało radioaktywne. Nie znałem, ani imienia, ani
nic na temat tego ogiera, który mnie uzdrowił i dał wspaniałe moce.
Nauka latania nie była wcale łatwa. A nauczyła mnie na nich latać moja
przyjaciółka- Wild. Była dzikim pegazem. Lubiła się sama rządzić, ale
bądź co bądź była niezastąpiona. W dalszym ciągu mojej podróży leciałem
już na skrzydłach. Byłem w przeróżnych jaskiniach. U mojej babci od
strony taty, lecz ona ponoć już dawno odeszła z tego świata. Jak miałem
2,5 roku nie znałem się jeszcze tak na skrzydłach. Po podróżach były
mocno nadwyrężone i miałem od spodu rany, które mnie bolały i piekły.
Szedłem na nogach ciągiem już około 48h. Byłem wyczerpany i zmęczony.
Zaszedłem do pewnej jaskini tam przenocowałem. Spałem z dobre 15 godzin.
Gdy w końcu się obódziłem, obódziłem się na skórach przy ognisku.
Wstałem rozejrzałem się. Naprzeciw mnie siedziała dość stara klacz.
Ubrana i wymalowana dzieancznie na całym ciele.
- Witaj- powiedziała szeptem
- Witaj- odparłem niepewnie
- Ci, ci, ci. Po co tak głośno- zaprzeczyła i usiszyła mnie
- Kim jesteś?- spytałem o pół tonu niżej
- Jestem Nargau. Jestem tu aby pomóc ci w odnalezieniu ojca- powiedziła
- CO?- nie wieżyłem własnym uszom- ona?- pomyślałem- nie to nie możliwe
Wstałem i zwróciłem do wyjścia. Na ścianach zobaczyłem konie, stado,źrebaki. Zatrzymałam się. Klacz podeszła do mnie.
- Tak to twoi przodkowie- powiedziała
- Czyli mój ojciec jeszcze żyje?- spytałem z nadzieją w głosie
- Nie wiem. To musisz sam odkryć. Udaj się na drugą stronę Gór
Mglistych, zaraz za lasem sosnowym. I pamiętaj: Ufaj tylko sobie- dodała
na koniec
- Dziękuje- powiedziałem i wyszedłem
W tym całym lesie sosnowym było mroczno i strasznie. Na całe szczęście
nie był duży. Przeszedłem go bez problemu. Jednak przechadzka przez Góry
Mgliste wcale nie była taka prosta. Skrzydła dalej bolały, a ja miałem
przed sobą wielką górę. Szedłem szlakami. Droga była trudna. Jednakże
odważyłem się ostatnie 5 kilometrów przelecieć. Na szczycie rotaczał się
piękny widok. Zszedłem na dół. Przed moimi oczami ukazała się piękna
łąka, a na niej stado koni. Dowiedziałem się, że to Heaven Hooves. Na
początku nie miałem zamiaru dołączać. Strasznie zależało mi na ojcu.
Lecz potem dowiedziałem się, że stado ma duże tereny.
~ Może tu coś znajdę~ pomyślałem
Dołączyłem, ale czy znajdę ojca i czy ta decyzja była słuszna?
Zaliczone!
Nagrody w sklepie, gratuluję pięknych i barwnych wypowiedzi c;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz