Wyglądała na smutną. Nagle zaczęła śpiewać:
- Nie ma dla mnie miejsca,
Nie będzie nigdy już.
Życie nie znajduje przejścia,
Gdy ktoś jest przy mnie tuż.
A ja gdy to czuję,
Zdobywam siłę!
Życie mi przed nosem znaki maluje,
Kończy panowanie moje życie niemiłe!
Nie widzę już sensu,
Czemu wciąż żyję.
Choć raz chcę skosztować życia gryzu,
Już swego smutku, złości i miłości nie kryję!
Nagle klacz ustała, po czym przepłynęła przez rzekę i uciekła. Chciałem z nią biec, lecz zniknęła mi z oczu. Powoli powróciłem więc do płotu, a tam czekali na mnie rodzice. Razem ze stajennym Johnem poszliśmy do boksów. było już późno, zasnąłem. Rano w boksie rodziców nie było nikogo. Dziś był mój pierwszy dzień pod siodłem. Dostałem świeżego owsa z malinami i wodę. Później miałem 10 minut na wybiegu - pomyślałem, że znowu uda mi się zobaczyć tamtą klacz. Jednak nigdzie jej nie było. Wróciłem więc do płotu. Tam czekał już John i dziwny, wąsaty pan z batem. Otwarto przede mną bramę, po czym zaprowadzono mnie na padok, gdzie założono mi siodło i uzdę. Kiedy już byłem gotowy, treser wsiadł na mnie. Głośno wydawał mi komendy. Jednak kiedy nagle na czole usiadła mi much i zacząłem trząść głową, dostałem batem w bok. Jednak nie bolało tak bardzo. Chwilę później potknąłem się o kamień - teraz uderzenie bolało niemożliwie; stanąłem dęba - wąsaty pan spadł. Kiedy już stanąłem na cztery nogi, John próbował pociągnąć mnie za uzdę do stajni, lecz jakie szanse ma człowiek w porównaniu z rozjuszonym koniem?
- Chłopaki! Pomóżcie mi! - zawołał swych towarzyszów.
Po chwili czterech stajennych zawlekło mnie do boksu.
***Następnego ranka***
Obudził mnie stajenny Thomas. Zaprowadzono mnie do dziwnego pojazdu nazywanego "Przyczepą". Nagle uświadomiłem sobie pewne coś o czym zapomniałem - mam klaustrofobię. Jednak zaciągnięto mnie do środka i zamknięto klapę. siedziałem tam chyba godzinę. Gdy otwarto klapę, ujrzałem zupełnie inne miejsce - była to jakaś inna stajnia, tyko że... o wiele, wiele gorsza - wybieg był malutki a padok wielki. Wszędzie walały się narzędzia tortur (baty, munsztuki i ostrogi). Wyprowadzono mnie z przyczepy i zabrano do szarego, nudnego i brzydkiego boksu. Wyjrzałem przez okienko - obok mnie, wystawała głowa klaczy, którą widziałem w tedy na wybiegu. W kącikach jej oczu malowały się łzy. Nie miałem więc odwagi o nic się jej zapytać.
***Następnego dnia po przyjeździe***
Obudzono mnie mocnym uderzeniem z bata, po czym zaciągnięto na padok bez śniadania. Tam czekał na mnie ten pan, który wczoraj na mnie jeździł. Nie było żadnej drogi ratunku, a jego ludzki (nie wiem jak to było u ludzi) pysk, wykrzywiał się w złowieszczym uśmiechu. Zatem przypięto mi do kantaru lonżę, po czym bolesnymi uderzeniami dostawałem polecenia. Po dwóch godzinach zabrano mnie z powrotem do boksu, gdzie nasypano mi małą porcję owsa. Nagle z boksu obok, wychyliła się klacz.
- Witaj. - Przywitała się.
- Cześć - Odpowiedziałem - pamiętam cię. Ty byłaś tam na wybiegu, nad rzeką.
- Tak, to ja.
- Ładnie śpiewasz.
- Dzięki...
- Dlaczego płaczesz?
- Łech... Jestem sierotą i bez powodu mnie tu zaciągnięto...
- ...Wiesz co? - Uśmiechnąłem się - Mam szalony pomysł.
- Zamieniam się w słuch.
- Otóż, możesz być moją przyjaciółką. Będziemy sobie pomagać i w ogóle...
- To by się mogło udać. Jestem Shairen
- Ja Ramzes.
No i od tej pory byliśmy przyjaciółmi, jednak codziennie dostawałem solidną porcię bólu. Pewnego dnia przyszedł do mnie jeż - najwyraźniej był głodny, więc oddałem mu kilka malin z mojej mieszanki. Robiłem tak z innymi zwierzętami. Wszystko dało się przeżyć, jednak to co wydarzyło się później, było zupełnie niespodziewane.
***Rok Później***
Obudziłem się w lesie, którego nie znałem. Zacząłem kłusować niewyraźną ścieżką. Po chwili przyśpieszyłem do galopu.
Zaliczone!
Wow, jestem pod wielkim wrażeniem. Nagrody w sklepie, a ode mnie dodatkowe 20(p) :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz