Nie pamiętam życia sprzed swoich narodzin... sprzed tego wieczora, w którym to moja matka pomyliła się przy wymawianiu jednego ze swoich zaklęć miejących przywołać do niej demony. W mojej głowie jest jedynie pustka gdy usiłuję sobie przypomnieć, gdzie byłem zanim mnie przywołała.
Czemu próbuję to uczynić? Już tłumaczę... otóż, wtedy, gdy położyłem się przed kopytami Lysiany, jej zdaniem miałem już z jakiś miesiąc. Tak więc gdyby ktoś się uparł, miałby prawo sądzić iż gdyby nie Lysiana, żyłbym gdzieś indziej... jedynym pytaniem w takiej sytuacji byłoby "gdzie bym żył i skąd pochodzę?" ale czy to jest na tyle istotne, by poświęcać na to cały rozdział? Nie sądzę...
Zacznę więc od początku.
- Magna et omnipotens Carus, quod me a gratiam in oculis tuis... daemonium Daemonis equus. - pamiętam te słowa, jako pierwsze usłyszałem je w swoim życiu na tym świecie. Były to słowa wypowiedziane z ust Lysiany, która to właśnie pomyliła się w wymowie. Pomyliła calutkie zdanie przez swoje zmęczenie.
Nagle z krateru wypływa lawa, omijając szerokim łukiem tę piękną klacz o pofalowanej węglowej grzywie i długim srebrzystym ogonie oraz dużych, zielonych oczach prawie pozbawionych źrenic.
Po chwili z lawy unoszącej się kilka metrów nad nią, okrążającej ja ze wszystkich stron i tworzącej w ten sposób wielki bąbel, w którym panowała skrajnie gorąca temperatura, lecz nie taka, by zabić, wyłonił się ogier, którego matka opisywała mi jako karego araba, z którego licznych ran wypływała gęsta czarna krew, a zamiast grzywy i ogona miał czarną mgłę wiecznie falującą w powietrzu. Jego oczy były puste, niczym niekończąca się przepaść, a patrząc w nie widziała sam smutek i cierpienie. Przemówił do niej swoim basowym głosem.
- Za chwilę posiądziesz niezwykłą broń... spełnię twoja prośbę. - po tych słowach lawa opadła unikając z nią kontaktu i z powrotem wpłynęła do krateru ukazując przed nią miesięcznego ogierka o ośmiu nogach i dwóch niewielkich różkach zagiętych ku górze przyczepionych do jego czoła. Byłem to ja... wstałem i położyłem się bliżej Lysiany uznając ją za swoją matkę.
Klacz po tym wydarzeniu postanowiła porzucić swoje dążenia do przywołania demonów na ten świat i zając się w pełni wychowaniem swojego syna darowanym jej przez bogów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz