sobota, 10 stycznia 2015

Od Horizona - Quest "Daleko stąd"

Urodziłem się na farmie w północnej części Telrainu. Wychowywała mnie matka, ojca nie znałem. Matka ni w ząb nie chciała mi powiedzieć co jest z moim ojcem. Pracowałem z Kirke (tak nazywała się moja matka) na farmie. Gdy osiągnąłem dwa lata chciałem wyruszyć w podrôż. Oczywiście, aby znaleźć ojca. Moja matka nie chciała mnie póścić. Lecz ja byłem uparty i wyruszyłem w podróż. Nie odzieciczyłem skrzydeł po rodzicach. Podczas podróży zaatakowało mnie liczne stado wilków. Mocno ucierpiałem. Zabrał mnie do swojej jaskini, jakiś mag, czarodziej. Uzdrowił mnie, lecz lekarstwo które mi podał miało dwa pozytywne ( przynajmniej dla mnie) skutki. Wyrosły mi skrzydła, które w każdej chwili mogłem przeobrazić w róg. I ciało radioaktywne. Nie znałem, ani imienia, ani nic na temat tego ogiera, który mnie uzdrowił i dał wspaniałe moce. Nauka latania nie była wcale łatwa. A nauczyła mnie na nich latać moja przyjaciółka- Wild. Była dzikim pegazem. Lubiła się sama rządzić, ale bądź co bądź była niezastąpiona. W dalszym ciągu mojej podróży leciałem już na skrzydłach. Byłem w przeróżnych jaskiniach. U mojej babci od strony taty, lecz ona ponoć już dawno odeszła z tego świata. Jak miałem 2,5 roku nie znałem się jeszcze tak na skrzydłach. Po podróżach były mocno nadwyrężone i miałem od spodu rany, które mnie bolały i piekły. Szedłem na nogach ciągiem już około 48h. Byłem wyczerpany i zmęczony. Zaszedłem do pewnej jaskini tam przenocowałem. Spałem z dobre 15 godzin. Gdy w końcu się obódziłem, obódziłem się na skórach przy ognisku. Wstałem rozejrzałem się. Naprzeciw mnie siedziała dość stara klacz. Ubrana i wymalowana dzieancznie na całym ciele.
- Witaj- powiedziała szeptem
- Witaj- odparłem niepewnie
- Ci, ci, ci. Po co tak głośno- zaprzeczyła i usiszyła mnie
- Kim jesteś?- spytałem o pół tonu niżej
- Jestem Nargau. Jestem tu aby pomóc ci w odnalezieniu ojca- powiedziła
- CO?- nie wieżyłem własnym uszom- ona?- pomyślałem- nie to nie możliwe
Wstałem i zwróciłem do wyjścia. Na ścianach zobaczyłem konie, stado,źrebaki. Zatrzymałam się. Klacz podeszła do mnie.
- Tak to twoi przodkowie- powiedziała
- Czyli mój ojciec jeszcze żyje?- spytałem z nadzieją w głosie
- Nie wiem. To musisz sam odkryć. Udaj się na drugą stronę Gór Mglistych, zaraz za lasem sosnowym. I pamiętaj: Ufaj tylko sobie- dodała na koniec
- Dziękuje- powiedziałem i wyszedłem
W tym całym lesie sosnowym było mroczno i strasznie. Na całe szczęście nie był duży. Przeszedłem go bez problemu. Jednak przechadzka przez Góry Mgliste wcale nie była taka prosta. Skrzydła dalej bolały, a ja miałem przed sobą wielką górę. Szedłem szlakami. Droga była trudna. Jednakże odważyłem się ostatnie 5 kilometrów przelecieć. Na szczycie rotaczał się piękny widok. Zszedłem na dół. Przed moimi oczami ukazała się piękna łąka, a na niej stado koni. Dowiedziałem się, że to Heaven Hooves. Na początku nie miałem zamiaru dołączać. Strasznie zależało mi na ojcu. Lecz potem dowiedziałem się, że stado ma duże tereny.
~ Może tu coś znajdę~ pomyślałem
Dołączyłem, ale czy znajdę ojca i czy ta decyzja była słuszna?

Zaliczone
Nagrody w sklepie, gratuluję pięknych i barwnych wypowiedzi c;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz